czwartek, 18 października 2012

Shaman kiss

Jako, że w poprzedniej notce wspominałam o Królu Szamanów, poczułam nagłą potrzebę podzielenia się komiksem inspirowanym tą cudowną kreskówką!
Jest to mój pierwszy w życiu prawdziwy komiks, więc zdaję sobie sprawę, że ma wiele błędów i w ogóle jest trochę kijowy. Ale spędziłam nad nim cały obóz, męcząc się z resztkami kredek i brudną gumką, więc i tak jestem z niego dumna. Zwłaszcza, że powstał w takich a nie innych wakacyjnych warunkach.
Tak, wakacje...





Yoh i Anna - para tak oczywista i klasyczna. Ale nawet moje yaoistyczne serce nie potrafi się nimi nie cieszyć!

poniedziałek, 15 października 2012

Miszcz Pokemon

Gdy przechodząc z klasy do klasy przyglądam się wszystkim na korytarzu, mam wrażenie, że uczniowie dzielą się na dwie grupy - pierwsza to młodzież odpowiedzialna, spokojna i zrównoważona, mająca już dawno za sobą dziecięce wybuchy radości, smutku czy gniewu...
A druga to moja klasa...
- Wiesz, jest tylko jeden powód, dla którego jeszcze chodzę na wf - zagadnęłam Sparkle, gdy wychodziłyśmy z szatni. - Jeżeli nie będę miała formy, to nigdy nie zostanę Królem Szamanów...
Sparkle spojrzała na mnie z politowaniem.
- Królem Szamanów? Dziewczyno, na jakim ty świecie żyjesz? Mistrz Pokemon, to by było coś!
- Mistrz Pokemon to tylko człowiek, a Król Szamanów na dostęp do samych duchów. To jest lepsze niż jakieś tam walczące pluszaki!
- Pluszaki? - oburzyła się Sparkle. - Obejrzyj jeszcze raz filmik, który ostatnio wstawiłam. Jak to są pluszaki...
- Z duchami nie miały by szans!
- Chyba na odwrót!
- No chyba nie!
- To głupia jesteś!
- A ty ślepa!
- Powiedziała ciemna szamanka!
- Phi, trenerka od siedmiu boleści!
Odwróciłyśmy się od siebie i śledzone przez zaciekawione krzykami spojrzenia usiadłyśmy po dwóch różnych ścianach korytarza.
Sparkle wyjęła telefon. Sądząc po nagłym błysku w jej oku, szykowała się do gry w najnowszą wersję Pokemon. Ach, miałam straszną ochotę usiąść obok niej, pogapić się jak gra i wkurzać ją milionami pytań o wszystkie elementy gry. Ale nie mogłam - przecież przed chwilą śmiertelnie się obraziłyśmy! Gdy jednak patrzyłam, jak gra, zaczęły nachodzić mnie wątpliwości...
- Hej, Miyo - zagadnęłam półgłosem siedzącą obok mnie inną przedstawicielkę mojej dziwnej klasy. - Król Szamanów jest silniejszy od mistrza Pokemon, prawda?
Miyo milczała chwilę, analizując pytanie.
- Król Szamanów, po złączeniem z Królem Duchów... - mruczała, marszcząc brwi. - Tak, Król Szamanów jest zdecydowanie lepszy.
Uśmiechnęłam się szeroko. Teraz, gdy na pewno wiedziałam, że mam racje, mogłam w spokoju dalej udawać obrażoną na Sparkle.


środa, 5 września 2012

Liceum, liceum...

Koniec wakacji, koniec wolności. Dwa dni w szkole, a już zapowiedziano nam cztery sprawdziany.
Żyć, nie umierać.
Jako że na kompa weszłam na dosłownie pięć minut, ograniczę się do krótkiego dialogu z mamą z dnia rozpoczęcia roku:
Mama: Byłam w Carrefourze, kupiłam ci przy okazji dzienniczek do szkoły.
Ja: Mamooooo, jestem w liceum, już nie używam dzienniczka!
Mama: Ale zobacz, ze Spider-manem na okładce...
Ja: ...
Ja: Dobra, skoro już kupiłaś, to wezmę...


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

How I met Luke and Vader


Z dedykacją dla Frightening, która chciała poznać historię.


Wszystko zaczęło się na tej jednej pamiętnej łacinie. Na jednej z tych lekcji, kiedy nauczycielce zachciało się sprawdzić pracę domową.
- Numer osiemnaście – wyczytała spokojnie i przeniosła na mnie smutne spojrzenie. - Powiedz, że chociaż przetłumaczyłaś w domu zadanie...
- Przykro mi, ale nie, pani pro... - zaczęłam, jednak w przerwał mi huk zatrzaskiwanego dziennika.
- No nie wierzę! - krzyknęła profesorka.
Klasa zamilkła. Krzyk tej spokojnej zazwyczaj kobiety nie wróżył niczego dobrego. Ale godnego uwagi owszem.
- Po prostu nie wierzę – powtórzyła, rzucając mi oburzone spojrzenie. - Dlaczego nie zrobiłaś pracy domowej? Przecież to było tylko jedno zadanie!
Otworzyłam usta, jednak nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Zadania na łacinę odrabiało się (a raczej spisywało) na przerwie przed w-fem. Tyle, że tym razem te dziesięć minut spędziłam na tworzeniu klasowego Zakonu Jedi. Jako że zostałam ochrzczona Anakinem Skywalkerem nie mogłam zaniedbać padawanów. Ale dla nauczycielki to chyba nie jest sensowne wytłumaczenie.
- Aleeee... Było za trudne – wydukałam niewinnie. Po takiej wymówce profesorka zwykle kręciła z politowaniem głową i przerabiała temat zadania jeszcze raz. Bez stresu, bez krzyku, żeby potem kazać nad zrobić to jeszcze raz.
Ale nie tym razem.
- Jak to za trudne! - krzyknęła, uderzając dziennikiem o ławką. - Ty jesteś mądra dziewczyna. Poradziłabyś z tym sobie. Ja wiem jak było naprawdę – nie chciało ci się! - oskarżycielsko wycelowała we mnie palcem. - Jesteś zła. Jesteś złem wcielonym! Radzę ci, wróć na drogę cnoty, inaczej zapomnisz o dobrej ocenie z łaciny!
Zatkało mnie. Resztę klasy też. Takiej furii spodziewalibyśmy się mniej niż słonia w kokpicie odrzutowca.
Ale profesorka za nic miała nasze zdziwienie. Jakby nigdy nic, zaczęła tłumaczyć, o co chodziła w zadaniu. Spokojnym tonem.
Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, co jest z nią nie tak. Rozwiązanie tej zagadki ujawniło się tydzień później, na następnej łacinie.
- No to sprawdzamy zadanie – zaczęła na wejściu psorka. Usiadła przy biurku i od razu spojrzała na mnie. - Osiemnaście, jako zło wcielone, pewnie nie odrobiła?
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie będę kłamać – miałam odrobić na tej przerwie, ale musiałam pójść do biblioteki...
- To może koleżanka obok?
- Poszłam z nią...
- No nie wierzę! - krzyknęła nauczycielka, znów patrząc na mnie. - Nie dość, że sama się obijasz, to jeszcze zaciągnęłaś koleżankę na ciemną stronę Mocy...?
Psorka mówiła coś jeszcze. Ale mnie, jak siedzącą obok mnie Luke (która jeszcze wtedy nie miała takiego przezwiska), już to nie obchodziło. Bo właśnie wtedy wszystko stało się jasne...
Nie byłam Anakinem. Już nie. Byłam zła. Dostrzegła to jednak tylko niepozorna nauczycielka od łaciny – niepozorna... jak Yoda. Tylko ona odkryła, że jestem Darthem Vaderem. Mimo to, spóźniła się – Luke, którą w tamtym momencie tak ochrzciłam, i tak była już po mojej stronie.
Ciemnej stronie.


poniedziałek, 16 lipca 2012

W kraju tulipanów

W ostatnim czasie mogłam spodziewać się wielu rzeczy - że w nowy blok postawiony tuż przed moim domem walnie meteoryt, że w końcu nauczę się latać, że kiedyś umyję włosy żelem pod prysznic (to w sumie zrobiłam dzisiaj - nie moja wina, że hotelowe szampony i żele wyglądają tak samo!). Nie przypuszczałam jednak, że będę pisać notkę na bloga na balkonie pod rozgwieżdżonym niebem Amsterdamu.
Jest już grubo po północy - reszta rodziny śpi, więc mogę w spokoju korzystać z hotelowego wifi. Noc, choć wietrzna, jest dość ciepła. Delikatny zefirek roznosi specyficzny zapach z kanału, do którego brzegów przycumowane są wielkie barki. Chodniki natomiast są zewsząd obstawione setkami rowerów. Tak, wszechobecność rowerów w Holandii to nie żaden mit! Nawet teraz, w środku nocy, co chwilę mknie drogą jakiś rowerzysta. Pewnie teraz, latem, pędzi na spotkanie z przyjaciółmi - niektóre orientalne knajpy pode mną tętnią jeszcze życie, odwiedzane przez najróżniejszych ludzi - białych, Mulatów, Azjatów, Murzynów... Prawdziwa mozaika etniczna. Zwłaszcza, że mimo różnic wszystkie jej elementy wydają się wspaniale współgrać. 
Na razie tyle szczegółów z obrazu Holandii udało mi się wyłapać w ciągu ostatnich ośmiu godzin  pobytu w tym kraju. Nie zamierzam jednak na tym skończyć - jutro czeka nas rajd po Amsterdamie!
Ponadto widziałam już słynne Holenderskie wiatraki. Oprócz nich pochwalić muszę też tutejsze chmury. Może zabrzmi to dziwnie, ale mam wrażenie że tu latają znacznie bliżej ziemi oraz, jak to uznaliśmy razem z bratem, większość z nich kształtem przypominają fantastyczne smoki i jednorożce.
Nie na tym chyba jednak polega magia Holandii...