poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zielono mi

Jak nie trudno się domyślić, projekt Skywalker nie zakończył się sukcesem. Po przekopaniu Internetu dowiedziałam się, dlaczego. A gdybym zrobiła podobny research wcześniej, może wynik eksperymentu byłby pozytywny. Nie mniej na razie odpuściłam sobie hodowanie drzew na rzecz czegoś prostszego…

     

Oto trzy świeże sadzonki, nazwane ku pamięci moich ulubionych krogan – od lewej Wrex (bo jest największy), Grunt (bo jest najmniejszy) i Ewa (bo jej potomstwo co prawda nie przyczyni się do zaludnienia Tuchanki, ale powinno opleść ścianę domu).
W przeciwieństwie do drzew, pomnażanie roślin doniczkowych jest naprawdę proste. W większości przypadków wystarczy urwać gałązkę/liść i zanurzyć lekko w wodzie do czasu, aż wypuści korzonki. Potem wystarczy wsadzić w doniczkę, i ot cała filozofia.

Tak właśnie narodziły się widoczne wyżej okazy – Wrex i Grunt z ocalałych resztek umierających roślin (przy czym roślina-matka Grunta jednak nie umarła, z czego bardzo się cieszę), a Ewa ze znalezionej na chodniku gałązki bluszczu. Tak więc, jak widać, tego typu rośliny naprawdę łatwo jest powołać do życia. Do czego wszystkich gorąco zachęcam – lasów coraz mniej, to chociaż prywatnie można przyczynić się do produkcji tlenu.

czwartek, 14 lipca 2016

Close to the mirror (Deadpool FF)

Zacznę od samokrytyki - bo wciąż nie mogę uwierzyć, że od obejrzenia Deadpoola potrzebowałam aż pięciu miesięcy na okiełznanie tych półtora tysiąca słów. Skandal! Nie bierzcie ze mnie przykładu.
Z podziękowaniami dla cudownej osoby, której szczere, ale i miłe rady udoskonaliły ten tekst.
Dla chętnych – piosenka, która była inspiracją opowiadania TU.


Z początku Vanessa myślała, że to znowu ten burak zza ściany zaczął wiercić jeszcze przed świtem. Próbowała ignorować hałas, jednak czuła, że z każdą sekundą rozbudza się coraz bardziej. Po dłuższej chwili była już na tyle świadoma, by zdać sobie sprawę, że to, co słyszy, to wcale nie wiertarka, ale uporczywe szorowanie zębów.
Usiadła na łóżku i odruchowo już spojrzała w stronę aneksu kuchennego. Jak zwykle zobaczyła Wade’a - jedną ręką operował szczoteczką do zębów, w drugiej trzymał telefon oświetlający zlew.
- Dużo dyskretniej niż ostatnio – rzuciła Vanessa. – Prawie się nie obudziłam.
Telefon, w odruchu wypuszczony nagle z ręki, huknął o podłogę i zgasł, pogrążając pomieszczenie w ciemności.
- Szlag, Ness, przestraszyłaś mnie – wybełkotał Wade przez pastę w ustach.
Teraz Vanessa mogła pozwolić sobie na kpiarskie parsknięcie.
- Co, czyżby zatkała się umywalka w łazience?
Nie odpowiedział, nabrał wody w usta – dosłownie. Jednak nawet po wypluciu jej z resztkami pasty nie wrócił do tematu.
- Telefon cały, dzięki, że pytasz – burknął, gdy podniósł aparat i znów go włączył. – Ale z tego, co widzę, to chyba naplułem ci do ryżu. Mam nadzieję, że masz jakiś inny plan na śniadanie…
- Dlatego ja poranną toaletę załatwiam w łazience. Nie mogłabym malować się bez…
- Ja na szczęście się nie maluję – przerwał jej – więc nie muszę ograniczać się do łazienki, lustra mi nie potrzeba.
Nim Vanessa zdążyła czymś na to odpowiedzieć, Wade, tym razem już sam, wyłączył światło telefonu. Ciemność, która zalała pokój, jeszcze skuteczniej uciszyła dziewczynę. W pełni skupiona, nasłuchiwała odgłosów wydawanych przez przemieszczającego się tu i tam Wade’a. Zadrżała, gdy po chwili usłyszała trzask naciąganego lateksu.
- Naprawdę musimy zaczynać ten dzień w taki sposób? – rzuciła w ciemność.
- Ty nie musisz – głos Wade’a brzmiał zaskakująco miękko. – Śpij dalej. Wrócę, zanim znów się obudzisz, więc kiedy otworzysz oczy, będziesz mogła udawać, że ta rozmowa tylko ci się przyśniła – mówiąc to, nagle zmaterializował się tuż przed nią, dosłownie na sekundę, by musnąć ustami jej czoło. Nim zdążyła zareagować, zniknął, i zaraz w ciemności rozległ się trzask drzwi i dźwięk zamka.
Nie mając żadnej lepszej perspektywy, Vanessa poszła za radą i położyła się, pewna, że już nie zaśnie. Leżała, myśląc o kuchni, myciu zębów i tym cholernym lustrze w łazience…
I wtedy jednak zasnęła.

*          *          *

Poczuła coś na twarzy. Drażniło czubek nosa, zaraz przeskoczyło na powieki, skutecznie wyganiając resztki snu. Vanessa ostrożnie otworzyła jedno oko, jednak zaraz znów je zamknęła, gdy promienie wpadającego przez szparę w rolecie słońca brutalnie ją zaślepiły.
- Wade, zasłoń, jesteś bliżej… – wymamrotała, na oślep wyprowadzając cios w kierunku drugiej strony łóżka. Jej ręka trafiła jednak tylko w skotłowaną pościel.
Vanessa momentalnie otworzyła oczy.
- Wade? – krzyknęła, choć dobrze widziała, że nigdzie go nie ma. Rozglądała się tępo po pustym mieszkaniu, aż w pewnym momencie dotarło do niej, że to w sumie nieważne. Nie raz Wade znikał tak z samego rana. Albo nawet jeszcze w nocy, kto wie. Liczy się, że kiedyś i tak wróci.
Burczenie w brzuchu wyrwało ją z zadumy. Nic nie wyganiało jej z łóżka tak skutecznie jak poranny głód. Nie myśląc już, poczłapała do kuchni i złapała za leżącą akurat na blacie miskę z resztką ryżu. Wpakowała do ust jedną łyżkę, zaraz dopchała drugą…
Czuła jakiś dziwny posmak mięty…
Nagle olśniona, momentalnie wypluła wszystko do zlewu. Pasta do zębów Wade’a. Mył zęby w kuchni. Vanessa widziała, jak wychodził. Rozmawiała z nim. Nagle była w stanie przypomnieć sobie całą ich wymianę zdań. Z każdym słyszanym w głowie słowem czuła coraz bardziej narastającą frustrację.
Wszystko poszło nie tak. Znowu. Matko, jaką ona była beznadziejną idiotką!
Na cholerę w ogóle się odezwała? Mogła udawać, że śpi, wtedy uniknęliby kolejnej prowadzącej donikąd rozmowy. Wade nie przestanie myć się przy zlewie tylko dlatego, że Vanessa po raz setny zwróci mu na to uwagę. Nie zobojętnieje na swoje odbicie w lustrze w łazience przez same jej zapewnienia, że jego wygląd niczego nie zmienia. W ogóle nie przyzna się do tego problemu, nawet jeśli Vanessa sama poruszy temat.
Inna sprawa, że ona nigdy nie poruszy tematu, bo boi się, że konfrontacja i demaskacja znowu może skończyć się zniknięciem Wade’a.
Właściwie, czy Wade kiedykolwiek do niej wrócił? Z każdym dniem zaczynała w to coraz bardziej wątpić. Nawet nie dlatego, że od momentu przemiany większość czasu spędzał we wcieleniu Deadpoola. Nie, najgorsze było to, że nawet w domu, po zdjęciu maski, Wade wciąż nie był do końca sobą. Spędzali razem czas, rozmawiali, śmiali się, kochali… A potem zdarzały się poranki, kiedy mył zęby w kuchni… Wyrzucał ukradkiem znalezione podczas sprzątania zdjęcia… Albo zawieszał się na jakiś czas, jakby nagle dopadła go jakaś potworna myśl. Wszelkie pytania Vanessy zbywał jednak śmiechem i zręczną zmianą tematu. Nawet, jeśli w środku trawił go jakiś ból, skutecznie chował go pod maską uśmiechu. Robił to, co zawsze robił jako Deadpool – ignorował wszelkie rany, które prędzej czy później i tak same się zagoją.
Ale ta się nie zagoi. Nie sama i nie, kiedy rozdrapują ją nawet zwykłe codzienne czynności. Tego Vanessa była pewna. Ale co z tego? Świadomość nie niosła wiedzy, jak temu zaradzić.
Wade sam nie zdejmie maski. Vanessa nie ośmieli się mu jej zerwać. Ani zdjąć lustra. Nie, to byłoby jawne przyznanie się do obustronnej porażki. Potrzeba konfrontacji, jednak bez demaskacji. Znaczy musiałaby jakoś zmusić do niej Wade’a, ale nie w bezpośredni sposób…
Złapała się na tym, że przez cały ten czas wciąż wbijała wzrok w zapluty ryż. Nawet nie zauważyła, kiedy cała ta papka z jej pomocą wylądowała w odpływie zlewu. Zaraz za nią trafiła tam surówka, purée i masa innych rzeczy z lodówki, które nadawały się do zapchania rury.
Jedzenia znalazła mniej, niż się spodziewała. Zaczęła więc wpychać do odpływu papierowe ręczniki, jeden po drugim. Wtedy zaczęła do niej docierać wątpliwość tego planu. Zmianę w klubie zaczynała dopiero wieczorem, jednak od jej wyjścia Wade będzie miał wystarczająco dużo czasu, by zobaczyć, że coś w kuchni jest nie tak. Przeważnie był zbyt leniwy, żeby zabierać się za takie rzeczy od razu, ale co jeśli tym razem…
Aż podskoczyła, gdy usłyszała dzwonek telefonu. Jedną ręką wciąż ładując papier do zlewu, drugą sięgnęła po leżący w pobliżu aparat.
Wiadomość od Wade’a.
Szykuje się niezła jatka, jest sporo roboty. Gdybym nie zdążył odebrać cię w nocy z klubu, zamów taksówkę. Po dzisiejszej akcji będę miał ci z czego za nią oddać.
Przypadek? Wierzyła, że nie. Mimo to wpychając do rury ostatni ręcznik, nie wiedziała, czy bardziej odczuwała ciężar wyrzutów sumienia, czy dumę z własnej przebiegłości.

*          *          *

Vanessa otworzyła gwałtownie oczy. Coś się stało. Co ją obudziło? Zły sen? Miała wrażenie, że coś usłyszała. Nie wynurzając się spod kołdry, wysunęła rękę na drugą stronę łóżka, jednak wyczuła tam tylko wymiętą pościel. Wtedy dopiero podniosła się do siadu. W szarości wczesnego poranka nie dostrzegła Wade’a nigdzie w pobliżu łóżka ani przy kuchennym blacie.
Minęła chwila, nim przypomniała sobie, dlaczego tym razem Wade nie mógł myć zębów w kuchni.
O mało nie spadła z łóżka, gdy drzwi łazienki otworzyły się nagle. Przez szparę wysunął się Wade, dziwnie zgarbiony. Zamknął za sobą ostrożnie drzwi i sam również mało nie krzyknął, gdy spojrzał na swoją partnerkę.
- Ness… nie śpisz… - wydukał po chwili, nerwowo ruszając schowaną w kieszeni bluzy dłonią. Przyglądał jej się uważnie.
Zbyt uważnie.
- Nie, nie śpię – przyznała. – Ty zresztą też nie. Tak wcześnie… Wychodzisz gdzieś?
Z każdym jej słowem, o dziwo, Wade odprężał się coraz bardziej. Tylko ręka nie znieruchomiała.
- Obiecałem pomóc Al z jakąś zepsutą szafką – zaczął tonem, który zapowiadał odwracający uwagę monolog. - Z rana, jak to tylko starsze panie lubią… Poza tym zlew nam się zapchał. Stara ma na wszystko jakieś sposoby, na to pewnie też. Swoja drogą, czego ty tam napchałaś? Nie mów, że to ten ryż…
Vanessa przyglądała mu się uważnie. Gdy nie dostrzegła niczego niepokojącego, tylko uśmiechnęła się przepraszająco.
- Może… Nie wiem, zmywałam wszystko na szybko…
- Zresztą, co za różnica – Wade machnął wolną ręką. – Dobry kwas przeżre wszystko. Zwłaszcza taki z piwnicy Al. Już my ogarniemy, co z tym zrobić.
- Rozpieszczasz mnie – mruknęła Vanessa zalotnie. – Zanudzę się na śmierć…
- Dlatego idź spać. Wrócę, zanim się obudzisz. Nie wstawaj, zajmę się wszystkim, szafką Al, zlewem, łazienką…
- Łazienką?
Wade w jednym momencie znów zesztywniał. Trwało to jednak ledwie ułamek sekundy, cień na jego twarzy zaraz zastąpił szeroki uśmiech.
- Jadłem wczoraj kebaba, nie chcesz wchodzić po mnie do kibla – zaśmiał się głupio. Vanessa nie mogła także się nie roześmiać.
- Tak więc lepiej nie wychodź z łóżka – powtórzył. – Śpij, a jak wrócę, wszystkim się zajmę.
- Lepiej, żeby tak było – mruknęła, odprowadzając go wzrokiem do wyjścia. Chwilę potem jeszcze wpatrywała się w drzwi, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co się właśnie stało.
Czyżby jej plan zadziałał? Wprawdzie Wade przez moment może wyglądał na nieco zdenerwowanego, ale to i tak kropla w morzu tego, czego obawiała się po jego spotkaniu z lustrem. Choć widoczny sukces tej intrygi nie do końca uciszył wyrzuty sumienia, Vanessa uspokoiła się na tyle, by znów rzucić się w poduszki i zawinąć w kołdrę…
I właśnie wtedy, gdy zakopała się w pościeli i zamknęła oczy, poczuła ucisk w pęcherzu.
Najgorzej.
Gwałtownie odrzuciła kołdrę i poczłapała w stronę łazienki. Szarpnęła drzwiami…
I zamarła.
Szkło było wszędzie – na kafelkach, szafce, w umywalce… Wszędzie, tylko nie w ramie lustra, ziejącej teraz wybitą pustką.
 Miała ochotę krzyczeć. Na siebie, na swoją głupotę i na jej bolesne skutki. Zamiast tego zrobiła jednak to, czego nauczył ją Wade – zaśmiała się.
W końcu, choć problemu nie rozwiązali, pozbyli się przynajmniej dylematu, czy powinni coś zrobić z tym cholernym lustrem.



Z założenia fanfiction to jest one-shotem. Nie wierzę jednak w sytuację bez wyjścia – więc choć pewne rany same się nie zagoją, jeśli tylko Vanessa znajdzie na tę lekarstwo, na pewno dam znać.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dancehall Queens

Dancehall to właściwie nieustanna walka. Na Jamajce nawet bawiące się wspólnie przyjaciółki ciągle rywalizują – choć nie zawsze dopiekają sobie wprost, każda z nich tańczy tak, by podkreślić, że to właśnie ona rusza się najlepiej, najseksowniej; każda czuje się tą jedyną prawdziwą królową parkietu; i choć każda autentycznie kocha swoje przyjaciółki, żadnej nie odstąpi swojej korony.
U nas, w Polsce, choć jesteśmy podobno narodem walecznym, wygląda to zgoła łagodniej. Widać to zwłaszcza na małych contestach, gdzie wszystkie dobrze się znają i lubią. Stają takie dwie naprzeciw siebie, machają do siebie przyjaźnie, uśmiechają się. Wtedy wybucha muzyka – męska, mocna, agresywna. I nagle uśmiechy znikają, twarze w jednej chwili zamieniają się w groźne kamienne maski. Każde spojrzenie, każdy krok, każdy ruch tryska agresywną energią. Krążą po parkiecie jak lwice, prowokując się nawzajem tańcem, wyzywają i zapewniają, że jedna drugiej może co najwyżej naskoczyć.
Aż muzyka znowu cichnie. Dziewczyny zatrzymują się, maski znikają, a zaraz na twarzach znów pojawia się uśmiech – przepraszający. Bo przecież to był tylko taniec, one tak nie na serio z tą pogardą… Lekkie poczucie winy bije im z oczu, a na dokładkę jeszcze rzucają się sobie w ramiona, szepcąc do ucha jedna drugiej, że była świetna i bije ją na głowę.

Takie to są nasze rodzime dancehall queens – niby groźne, ale jednak całkiem miłe babki, gotowe zaprzeczyć, żeby królowa rzeczywiście była tylko jedna.

niedziela, 5 czerwca 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Pamiętnik znaleziony w wannie"



Okładka jest bardzo charakterystyczna. Bardzo, choć na tym zdjęciu i tak nie widać pełni głębi różowej barwy. Skłamałabym nie przyznając, że to ten ekscentryczny kolor skłonił mnie do sprawdzenia co kryje się wewnątrz. A krył się Pamiętnik znaleziony w wannie Lema.
Pan Stanisław fascynował mnie już od podstawówki, kiedy to przeczytałam Bajki robotów. Następne było Solaris pochłonięte w liceum. Wtedy dopiero poznałam się na prawdziwym geniuszu tegoż pisarza – poznanie nie szło jednak w parze ze zrozumieniem.
I tak, jak na razie, zostało do dziś.
Ale wróćmy do Pamiętnika.
Książkę można podzielić na dwie części. Zacznę od drugiej, czyli tytułowego pamiętnika. To zapis losów mężczyzny, który dostał wezwanie stawić się w wojskowym Gmachu. Nie wiemy, w jakiej sprawie. On zresztą też nie. I na tym polega cały problem – czas leci, mężczyzna kręci się w labiryncie korytarzy i gabinetów i próbuje zrozumieć tajemnicze sygnały od spotykanych wojskowych. Pierwsza część książki jest wstępem do tegoż pamiętnika, napisanym kilka stuleci później przez znalazców zapisków. Wstęp ma przybliżyć czasy, w których żył i pisał właściciel pamiętnika.
Jak przystało na prozę Lema, nie do końca ją zrozumiałam, a na pewno nie na wszystkich płaszczyznach. Pierwszym, nieodłącznym skojarzeniem z wszelką sztuką tego okresu (książka powstała w 1961), jest oczywiście krytyka PRL. Tym właśnie była dla mnie podróż bohatera po Gmachu. Rzesza biurokratów i służbistów na absurdalnych stanowiskach atakuje bohatera coraz to bardziej sprzecznymi informacjami. Nikt nic tak naprawdę nie wiem, każdy mówi szyframi i zagadkami – bo nikt nikomu nie ufa, w końcu każdy może być szpiegiem... Nawet oni, słudzy Gmachu, czuli się zamknięci, zaszczuci, wiecznie obserwowani i podejrzani.
Wstęp swym znaczeniem sięgnął trochę dalej. Pisany z perspektywy dalekiej przyszłości, był bardzo ciekawym zdystansowanym spojrzeniem na czasy współczesne. Parafrazując, kapitał (oryginalna pisownia Kap-Eh-Thaal) to swego rodzaju bóstwo czczone przez wybranych kapłanów w świątyni Pentagon. Brzmi absurdalnie, prawda? Bo i może tak właśnie jest? Sprawy dziś dla nas śmiertelnie ważne za jakiś czas będą wydawać się śmieszne i nieistotne. Może więc nie ma sensu podchodzić do wszystkiego aż tak poważnie.
To tylko wycinek z tego, co chciałam w tej lekturze zobaczyć. To ledwie wierzchołek góry lodowej, która najprawdopodobniej może nie mieć pokrycia z intencją autora. Nie mniej to, co w niej dostrzegłam, naprawdę mnie poruszyło.
Szczególnie niewspomniane jeszcze opisy przestrzeni Gmachu – klaustrofobicznych, surrealistycznych, a jakże plastycznych… Godne filmowego odzwierciedlenia, tak że zaklepuję już prawa do adaptacji. Nadziei więc już nie ma, ale mimo to polecam lekturę wszystkim, którzy mają ochotę na odrobinę intelektualnego wysiłku w odrealnionym świecie.

PS Kiedyś słyszałam, że jednym z najbardziej inspirujących pisarzy dla Jacka Dukaja jest właśnie Stanisław Lem. W tej Pamiętniku rzeczywiście można było to dostrzec – szczególnie w tendencji obu panów do używania terminu urękawiczony.

niedziela, 22 maja 2016

Give life back to music

Na wstępie garść informacji – od teraz notki będą pojawiać się co dwa tygodnie w sobotę lub niedzielę (wierzę, że poprawi to jakość tekstów).
A teraz tekst właściwy – historia z życia, ku przestrodze i motywacji ogółu.

Jakiś czas temu w Lifeliście napisałam, że piosenką na ten rok jest Give Life Back To Music. Że niby odnawiam moją relację z muzyką. Sama w to wtedy nie wierzyłam, ale cóż… koniec końców, udało się.
Ale zacznijmy od początku.
Jak wspomniałam, we wrześniu w to nie wierzyłam. Po ostygnięciu pierwszej fascynacji klawesynem, marzyłam już tylko o skończeniu szkoły z satysfakcjonującym wynikiem. Wiązało się to z nie małym wysiłkiem, ale byłam gotowa na takie poświęcenie. Choć wciąż nie potrafiłam oswoić klawesynu, dzielnie przychodziłam po zajęciach ćwiczyć. Z początku było ciężko – odzwyczaiłam się od kilkugodzinnych ćwiczeń. Jednak po kilku miesiącach opanowałam materiał na tyle, że w pewnym momencie nie siadałam do klawiatury tylko z poczucia obowiązku. Szło mi o wiele lepiej niż kiedykolwiek, więc i wróciła nieobecna od dawna radość z gry. Obowiązkowe przesłuchania wstępne nie wydawały mi się już tak straszne – nowo nabyta pewność siebie wyparła paniczny lęk przed graniem dla publiczności.
Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł czas na egzamin. Grałam podekscytowana, a nie zestresowana. Skromny recital zwieńczyła nie tylko bardzo dobra ocena, ale także zadowolenie z własnej gry.
Jaki z tego doświadczenia wypłynął dla mnie morał? Przede wszystkim taki, by, choćby nie wiem jak było źle, nie porzucać tego, co kocham. Zwłaszcza, jeśli przez dłuższy czas tej miłości nie odczuwałam. W takim momencie nie należy się poddawać, ale wziąć głęboki oddech i cierpliwie spróbować odkryć pasję na nowo. Dać sobie czas, by rzeczywiście zgłębić  temat i odkryć nowe obszary fascynacji.

Parafrazując więc pewnego klasyka, I gave life back to music. Udało mi się także pojednać z klawesynem. Tak więc choć nie wiem jeszcze jak to logistycznie rozwiążę, ale będę muzykować dalej, w taki, albo i inny sposób.