niedziela, 25 września 2016

Co i po co 2.0


Trzeba przyznać – blog ten istnieje nie od dziś. Nawet nie od wczoraj, ani od miesiąca. Jednak w pełni dotarło to do mnie dopiero wprowadzając ostatnie zmiany, kiedy przestudiowałam uważnie całe archiwum. Wtedy też zauważyłam, jak wiele się zmieniło od czasu, gdy pierwszy raz pisałam, o co w ogóle z tym blogiem chodzi.
W pierwszym Co i po co stwierdziłam, że zamierzam pisać o sobie z zamiarem udowodnienia niesamowitości codziennego życia. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to akurat jest aktualne – chcę pisać o tym, co mnie spotyka i kogo spotykam, co oglądam, czytam i w co gram oraz że to wszystko nadal inspiruje mnie, prowokuje do refleksji i własnych ekspresji. Nigdy jednak nie wspomniałam, że założyłam bloga, by dzielić się tym wszystkim z ludźmi i zachęcać ich do takiej samej wylewności. Bo jedną z ważniejszych rzeczy, jakie odkryłam na studiach, to kryjąca się w ludziach niesamowitość. Nie ma nic bardziej fascynującego i ubogacającego jak kontakt z drugą osobą.

Inna sprawa, że wirtualna rozmowa nigdy nie zastąpi mi tej w rzeczywistości. Jednak skoro już dane nam żyć w dobie Internetu, czemu by nie wykorzystać i tego medium do wymiany myśli? To na pewno lepsze niż szerzenie jałowego hejtu.

poniedziałek, 12 września 2016

Odkurzanie Rupieciarni!


Jak pewnie dało się ostatnio zauważyć, źle się działo na tym blogu. Źle się działo, bo nic się nie działo. A to dlatego, że potrzebowałam na nowo odkryć, jak tak naprawdę blogować bym chciała. W końcu nadszedł więc czas na

PORZĄDKI W RUPIECIARNI


Krokiem pierwszym, ale i najboleśniejszym, będzie przejrzenie zawartości i następne wyrzucenie tego, co jest niepotrzebne. Część tekstów zniknie więc ze strony, te zaś, które zostaną, dostaną etykietę Dawno ale prawda.
Prócz tego formalnie zniknie etykieta Przypadków. W końcu, od zmiany nazwy bloga, etykietka ta straciła sens. Od dziś więc zostaje ona przemianowana na Z życia wzięte. Prócz tego powstanie nowa kategoria o podobnej tematyce – Na marginesie, czyli małe zbiory przemyśleń zbyt krótkich, by stały się autonomicznym tekstem.
Kolejną nowością będzie Chlorofil we krwi – etykieta dla wpisów o pracy z roślinami czy czymkolwiek związanym z naturą, ekologią i w drodze wyjątku innymi odmianami aktywizmu.
Wszystkie inne etykiety czy cykle pozostaną bez zmian.


Na dziś to byłoby wszystko – do zobaczenia wkrótce!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Chlorofil we krwi #0 - Zielono mi

Adnotacja z 13.09.2016
Z racji tego, że pisanie to o kwiatach jest jeszcze dość sporą nowością, ten wpis zaliczam jako przedpremierowy początek nowej serii.

Jak nie trudno się domyślić, projekt Skywalker nie zakończył się sukcesem. Po przekopaniu Internetu dowiedziałam się, dlaczego. A gdybym zrobiła podobny research wcześniej, może wynik eksperymentu byłby pozytywny. Nie mniej na razie odpuściłam sobie hodowanie drzew na rzecz czegoś prostszego…

     

Oto trzy świeże sadzonki, nazwane ku pamięci moich ulubionych krogan – od lewej Wrex (bo jest największy), Grunt (bo jest najmniejszy) i Ewa (bo jej potomstwo co prawda nie przyczyni się do zaludnienia Tuchanki, ale powinno opleść ścianę domu).
W przeciwieństwie do drzew, pomnażanie roślin doniczkowych jest naprawdę proste. W większości przypadków wystarczy urwać gałązkę/liść i zanurzyć lekko w wodzie do czasu, aż wypuści korzonki. Potem wystarczy wsadzić w doniczkę, i ot cała filozofia.

Tak właśnie narodziły się widoczne wyżej okazy – Wrex i Grunt z ocalałych resztek umierających roślin (przy czym roślina-matka Grunta jednak nie umarła, z czego bardzo się cieszę), a Ewa ze znalezionej na chodniku gałązki bluszczu. Tak więc, jak widać, tego typu rośliny naprawdę łatwo jest powołać do życia. Do czego wszystkich gorąco zachęcam – lasów coraz mniej, to chociaż prywatnie można przyczynić się do produkcji tlenu.

czwartek, 14 lipca 2016

Close to the mirror (Deadpool FF)

Zacznę od samokrytyki - bo wciąż nie mogę uwierzyć, że od obejrzenia Deadpoola potrzebowałam aż pięciu miesięcy na okiełznanie tych półtora tysiąca słów. Skandal! Nie bierzcie ze mnie przykładu.
Z podziękowaniami dla cudownej osoby, której szczere, ale i miłe rady udoskonaliły ten tekst.
Dla chętnych – piosenka, która była inspiracją opowiadania TU.


Z początku Vanessa myślała, że to znowu ten burak zza ściany zaczął wiercić jeszcze przed świtem. Próbowała ignorować hałas, jednak czuła, że z każdą sekundą rozbudza się coraz bardziej. Po dłuższej chwili była już na tyle świadoma, by zdać sobie sprawę, że to, co słyszy, to wcale nie wiertarka, ale uporczywe szorowanie zębów.
Usiadła na łóżku i odruchowo już spojrzała w stronę aneksu kuchennego. Jak zwykle zobaczyła Wade’a - jedną ręką operował szczoteczką do zębów, w drugiej trzymał telefon oświetlający zlew.
- Dużo dyskretniej niż ostatnio – rzuciła Vanessa. – Prawie się nie obudziłam.
Telefon, w odruchu wypuszczony nagle z ręki, huknął o podłogę i zgasł, pogrążając pomieszczenie w ciemności.
- Szlag, Ness, przestraszyłaś mnie – wybełkotał Wade przez pastę w ustach.
Teraz Vanessa mogła pozwolić sobie na kpiarskie parsknięcie.
- Co, czyżby zatkała się umywalka w łazience?
Nie odpowiedział, nabrał wody w usta – dosłownie. Jednak nawet po wypluciu jej z resztkami pasty nie wrócił do tematu.
- Telefon cały, dzięki, że pytasz – burknął, gdy podniósł aparat i znów go włączył. – Ale z tego, co widzę, to chyba naplułem ci do ryżu. Mam nadzieję, że masz jakiś inny plan na śniadanie…
- Dlatego ja poranną toaletę załatwiam w łazience. Nie mogłabym malować się bez…
- Ja na szczęście się nie maluję – przerwał jej – więc nie muszę ograniczać się do łazienki, lustra mi nie potrzeba.
Nim Vanessa zdążyła czymś na to odpowiedzieć, Wade, tym razem już sam, wyłączył światło telefonu. Ciemność, która zalała pokój, jeszcze skuteczniej uciszyła dziewczynę. W pełni skupiona, nasłuchiwała odgłosów wydawanych przez przemieszczającego się tu i tam Wade’a. Zadrżała, gdy po chwili usłyszała trzask naciąganego lateksu.
- Naprawdę musimy zaczynać ten dzień w taki sposób? – rzuciła w ciemność.
- Ty nie musisz – głos Wade’a brzmiał zaskakująco miękko. – Śpij dalej. Wrócę, zanim znów się obudzisz, więc kiedy otworzysz oczy, będziesz mogła udawać, że ta rozmowa tylko ci się przyśniła – mówiąc to, nagle zmaterializował się tuż przed nią, dosłownie na sekundę, by musnąć ustami jej czoło. Nim zdążyła zareagować, zniknął, i zaraz w ciemności rozległ się trzask drzwi i dźwięk zamka.
Nie mając żadnej lepszej perspektywy, Vanessa poszła za radą i położyła się, pewna, że już nie zaśnie. Leżała, myśląc o kuchni, myciu zębów i tym cholernym lustrze w łazience…
I wtedy jednak zasnęła.

*          *          *

Poczuła coś na twarzy. Drażniło czubek nosa, zaraz przeskoczyło na powieki, skutecznie wyganiając resztki snu. Vanessa ostrożnie otworzyła jedno oko, jednak zaraz znów je zamknęła, gdy promienie wpadającego przez szparę w rolecie słońca brutalnie ją zaślepiły.
- Wade, zasłoń, jesteś bliżej… – wymamrotała, na oślep wyprowadzając cios w kierunku drugiej strony łóżka. Jej ręka trafiła jednak tylko w skotłowaną pościel.
Vanessa momentalnie otworzyła oczy.
- Wade? – krzyknęła, choć dobrze widziała, że nigdzie go nie ma. Rozglądała się tępo po pustym mieszkaniu, aż w pewnym momencie dotarło do niej, że to w sumie nieważne. Nie raz Wade znikał tak z samego rana. Albo nawet jeszcze w nocy, kto wie. Liczy się, że kiedyś i tak wróci.
Burczenie w brzuchu wyrwało ją z zadumy. Nic nie wyganiało jej z łóżka tak skutecznie jak poranny głód. Nie myśląc już, poczłapała do kuchni i złapała za leżącą akurat na blacie miskę z resztką ryżu. Wpakowała do ust jedną łyżkę, zaraz dopchała drugą…
Czuła jakiś dziwny posmak mięty…
Nagle olśniona, momentalnie wypluła wszystko do zlewu. Pasta do zębów Wade’a. Mył zęby w kuchni. Vanessa widziała, jak wychodził. Rozmawiała z nim. Nagle była w stanie przypomnieć sobie całą ich wymianę zdań. Z każdym słyszanym w głowie słowem czuła coraz bardziej narastającą frustrację.
Wszystko poszło nie tak. Znowu. Matko, jaką ona była beznadziejną idiotką!
Na cholerę w ogóle się odezwała? Mogła udawać, że śpi, wtedy uniknęliby kolejnej prowadzącej donikąd rozmowy. Wade nie przestanie myć się przy zlewie tylko dlatego, że Vanessa po raz setny zwróci mu na to uwagę. Nie zobojętnieje na swoje odbicie w lustrze w łazience przez same jej zapewnienia, że jego wygląd niczego nie zmienia. W ogóle nie przyzna się do tego problemu, nawet jeśli Vanessa sama poruszy temat.
Inna sprawa, że ona nigdy nie poruszy tematu, bo boi się, że konfrontacja i demaskacja znowu może skończyć się zniknięciem Wade’a.
Właściwie, czy Wade kiedykolwiek do niej wrócił? Z każdym dniem zaczynała w to coraz bardziej wątpić. Nawet nie dlatego, że od momentu przemiany większość czasu spędzał we wcieleniu Deadpoola. Nie, najgorsze było to, że nawet w domu, po zdjęciu maski, Wade wciąż nie był do końca sobą. Spędzali razem czas, rozmawiali, śmiali się, kochali… A potem zdarzały się poranki, kiedy mył zęby w kuchni… Wyrzucał ukradkiem znalezione podczas sprzątania zdjęcia… Albo zawieszał się na jakiś czas, jakby nagle dopadła go jakaś potworna myśl. Wszelkie pytania Vanessy zbywał jednak śmiechem i zręczną zmianą tematu. Nawet, jeśli w środku trawił go jakiś ból, skutecznie chował go pod maską uśmiechu. Robił to, co zawsze robił jako Deadpool – ignorował wszelkie rany, które prędzej czy później i tak same się zagoją.
Ale ta się nie zagoi. Nie sama i nie, kiedy rozdrapują ją nawet zwykłe codzienne czynności. Tego Vanessa była pewna. Ale co z tego? Świadomość nie niosła wiedzy, jak temu zaradzić.
Wade sam nie zdejmie maski. Vanessa nie ośmieli się mu jej zerwać. Ani zdjąć lustra. Nie, to byłoby jawne przyznanie się do obustronnej porażki. Potrzeba konfrontacji, jednak bez demaskacji. Znaczy musiałaby jakoś zmusić do niej Wade’a, ale nie w bezpośredni sposób…
Złapała się na tym, że przez cały ten czas wciąż wbijała wzrok w zapluty ryż. Nawet nie zauważyła, kiedy cała ta papka z jej pomocą wylądowała w odpływie zlewu. Zaraz za nią trafiła tam surówka, purée i masa innych rzeczy z lodówki, które nadawały się do zapchania rury.
Jedzenia znalazła mniej, niż się spodziewała. Zaczęła więc wpychać do odpływu papierowe ręczniki, jeden po drugim. Wtedy zaczęła do niej docierać wątpliwość tego planu. Zmianę w klubie zaczynała dopiero wieczorem, jednak od jej wyjścia Wade będzie miał wystarczająco dużo czasu, by zobaczyć, że coś w kuchni jest nie tak. Przeważnie był zbyt leniwy, żeby zabierać się za takie rzeczy od razu, ale co jeśli tym razem…
Aż podskoczyła, gdy usłyszała dzwonek telefonu. Jedną ręką wciąż ładując papier do zlewu, drugą sięgnęła po leżący w pobliżu aparat.
Wiadomość od Wade’a.
Szykuje się niezła jatka, jest sporo roboty. Gdybym nie zdążył odebrać cię w nocy z klubu, zamów taksówkę. Po dzisiejszej akcji będę miał ci z czego za nią oddać.
Przypadek? Wierzyła, że nie. Mimo to wpychając do rury ostatni ręcznik, nie wiedziała, czy bardziej odczuwała ciężar wyrzutów sumienia, czy dumę z własnej przebiegłości.

*          *          *

Vanessa otworzyła gwałtownie oczy. Coś się stało. Co ją obudziło? Zły sen? Miała wrażenie, że coś usłyszała. Nie wynurzając się spod kołdry, wysunęła rękę na drugą stronę łóżka, jednak wyczuła tam tylko wymiętą pościel. Wtedy dopiero podniosła się do siadu. W szarości wczesnego poranka nie dostrzegła Wade’a nigdzie w pobliżu łóżka ani przy kuchennym blacie.
Minęła chwila, nim przypomniała sobie, dlaczego tym razem Wade nie mógł myć zębów w kuchni.
O mało nie spadła z łóżka, gdy drzwi łazienki otworzyły się nagle. Przez szparę wysunął się Wade, dziwnie zgarbiony. Zamknął za sobą ostrożnie drzwi i sam również mało nie krzyknął, gdy spojrzał na swoją partnerkę.
- Ness… nie śpisz… - wydukał po chwili, nerwowo ruszając schowaną w kieszeni bluzy dłonią. Przyglądał jej się uważnie.
Zbyt uważnie.
- Nie, nie śpię – przyznała. – Ty zresztą też nie. Tak wcześnie… Wychodzisz gdzieś?
Z każdym jej słowem, o dziwo, Wade odprężał się coraz bardziej. Tylko ręka nie znieruchomiała.
- Obiecałem pomóc Al z jakąś zepsutą szafką – zaczął tonem, który zapowiadał odwracający uwagę monolog. - Z rana, jak to tylko starsze panie lubią… Poza tym zlew nam się zapchał. Stara ma na wszystko jakieś sposoby, na to pewnie też. Swoja drogą, czego ty tam napchałaś? Nie mów, że to ten ryż…
Vanessa przyglądała mu się uważnie. Gdy nie dostrzegła niczego niepokojącego, tylko uśmiechnęła się przepraszająco.
- Może… Nie wiem, zmywałam wszystko na szybko…
- Zresztą, co za różnica – Wade machnął wolną ręką. – Dobry kwas przeżre wszystko. Zwłaszcza taki z piwnicy Al. Już my ogarniemy, co z tym zrobić.
- Rozpieszczasz mnie – mruknęła Vanessa zalotnie. – Zanudzę się na śmierć…
- Dlatego idź spać. Wrócę, zanim się obudzisz. Nie wstawaj, zajmę się wszystkim, szafką Al, zlewem, łazienką…
- Łazienką?
Wade w jednym momencie znów zesztywniał. Trwało to jednak ledwie ułamek sekundy, cień na jego twarzy zaraz zastąpił szeroki uśmiech.
- Jadłem wczoraj kebaba, nie chcesz wchodzić po mnie do kibla – zaśmiał się głupio. Vanessa nie mogła także się nie roześmiać.
- Tak więc lepiej nie wychodź z łóżka – powtórzył. – Śpij, a jak wrócę, wszystkim się zajmę.
- Lepiej, żeby tak było – mruknęła, odprowadzając go wzrokiem do wyjścia. Chwilę potem jeszcze wpatrywała się w drzwi, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co się właśnie stało.
Czyżby jej plan zadziałał? Wprawdzie Wade przez moment może wyglądał na nieco zdenerwowanego, ale to i tak kropla w morzu tego, czego obawiała się po jego spotkaniu z lustrem. Choć widoczny sukces tej intrygi nie do końca uciszył wyrzuty sumienia, Vanessa uspokoiła się na tyle, by znów rzucić się w poduszki i zawinąć w kołdrę…
I właśnie wtedy, gdy zakopała się w pościeli i zamknęła oczy, poczuła ucisk w pęcherzu.
Najgorzej.
Gwałtownie odrzuciła kołdrę i poczłapała w stronę łazienki. Szarpnęła drzwiami…
I zamarła.
Szkło było wszędzie – na kafelkach, szafce, w umywalce… Wszędzie, tylko nie w ramie lustra, ziejącej teraz wybitą pustką.
 Miała ochotę krzyczeć. Na siebie, na swoją głupotę i na jej bolesne skutki. Zamiast tego zrobiła jednak to, czego nauczył ją Wade – zaśmiała się.
W końcu, choć problemu nie rozwiązali, pozbyli się przynajmniej dylematu, czy powinni coś zrobić z tym cholernym lustrem.



Z założenia fanfiction to jest one-shotem. Nie wierzę jednak w sytuację bez wyjścia – więc choć pewne rany same się nie zagoją, jeśli tylko Vanessa znajdzie na tę lekarstwo, na pewno dam znać.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dancehall Queens

Dancehall to właściwie nieustanna walka. Na Jamajce nawet bawiące się wspólnie przyjaciółki ciągle rywalizują – choć nie zawsze dopiekają sobie wprost, każda z nich tańczy tak, by podkreślić, że to właśnie ona rusza się najlepiej, najseksowniej; każda czuje się tą jedyną prawdziwą królową parkietu; i choć każda autentycznie kocha swoje przyjaciółki, żadnej nie odstąpi swojej korony.
U nas, w Polsce, choć jesteśmy podobno narodem walecznym, wygląda to zgoła łagodniej. Widać to zwłaszcza na małych contestach, gdzie wszystkie dobrze się znają i lubią. Stają takie dwie naprzeciw siebie, machają do siebie przyjaźnie, uśmiechają się. Wtedy wybucha muzyka – męska, mocna, agresywna. I nagle uśmiechy znikają, twarze w jednej chwili zamieniają się w groźne kamienne maski. Każde spojrzenie, każdy krok, każdy ruch tryska agresywną energią. Krążą po parkiecie jak lwice, prowokując się nawzajem tańcem, wyzywają i zapewniają, że jedna drugiej może co najwyżej naskoczyć.
Aż muzyka znowu cichnie. Dziewczyny zatrzymują się, maski znikają, a zaraz na twarzach znów pojawia się uśmiech – przepraszający. Bo przecież to był tylko taniec, one tak nie na serio z tą pogardą… Lekkie poczucie winy bije im z oczu, a na dokładkę jeszcze rzucają się sobie w ramiona, szepcąc do ucha jedna drugiej, że była świetna i bije ją na głowę.

Takie to są nasze rodzime dancehall queens – niby groźne, ale jednak całkiem miłe babki, gotowe zaprzeczyć, żeby królowa rzeczywiście była tylko jedna.

niedziela, 5 czerwca 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Pamiętnik znaleziony w wannie"



Okładka jest bardzo charakterystyczna. Bardzo, choć na tym zdjęciu i tak nie widać pełni głębi różowej barwy. Skłamałabym nie przyznając, że to ten ekscentryczny kolor skłonił mnie do sprawdzenia co kryje się wewnątrz. A krył się Pamiętnik znaleziony w wannie Lema.
Pan Stanisław fascynował mnie już od podstawówki, kiedy to przeczytałam Bajki robotów. Następne było Solaris pochłonięte w liceum. Wtedy dopiero poznałam się na prawdziwym geniuszu tegoż pisarza – poznanie nie szło jednak w parze ze zrozumieniem.
I tak, jak na razie, zostało do dziś.
Ale wróćmy do Pamiętnika.
Książkę można podzielić na dwie części. Zacznę od drugiej, czyli tytułowego pamiętnika. To zapis losów mężczyzny, który dostał wezwanie stawić się w wojskowym Gmachu. Nie wiemy, w jakiej sprawie. On zresztą też nie. I na tym polega cały problem – czas leci, mężczyzna kręci się w labiryncie korytarzy i gabinetów i próbuje zrozumieć tajemnicze sygnały od spotykanych wojskowych. Pierwsza część książki jest wstępem do tegoż pamiętnika, napisanym kilka stuleci później przez znalazców zapisków. Wstęp ma przybliżyć czasy, w których żył i pisał właściciel pamiętnika.
Jak przystało na prozę Lema, nie do końca ją zrozumiałam, a na pewno nie na wszystkich płaszczyznach. Pierwszym, nieodłącznym skojarzeniem z wszelką sztuką tego okresu (książka powstała w 1961), jest oczywiście krytyka PRL. Tym właśnie była dla mnie podróż bohatera po Gmachu. Rzesza biurokratów i służbistów na absurdalnych stanowiskach atakuje bohatera coraz to bardziej sprzecznymi informacjami. Nikt nic tak naprawdę nie wiem, każdy mówi szyframi i zagadkami – bo nikt nikomu nie ufa, w końcu każdy może być szpiegiem... Nawet oni, słudzy Gmachu, czuli się zamknięci, zaszczuci, wiecznie obserwowani i podejrzani.
Wstęp swym znaczeniem sięgnął trochę dalej. Pisany z perspektywy dalekiej przyszłości, był bardzo ciekawym zdystansowanym spojrzeniem na czasy współczesne. Parafrazując, kapitał (oryginalna pisownia Kap-Eh-Thaal) to swego rodzaju bóstwo czczone przez wybranych kapłanów w świątyni Pentagon. Brzmi absurdalnie, prawda? Bo i może tak właśnie jest? Sprawy dziś dla nas śmiertelnie ważne za jakiś czas będą wydawać się śmieszne i nieistotne. Może więc nie ma sensu podchodzić do wszystkiego aż tak poważnie.
To tylko wycinek z tego, co chciałam w tej lekturze zobaczyć. To ledwie wierzchołek góry lodowej, która najprawdopodobniej może nie mieć pokrycia z intencją autora. Nie mniej to, co w niej dostrzegłam, naprawdę mnie poruszyło.
Szczególnie niewspomniane jeszcze opisy przestrzeni Gmachu – klaustrofobicznych, surrealistycznych, a jakże plastycznych… Godne filmowego odzwierciedlenia, tak że zaklepuję już prawa do adaptacji. Nadziei więc już nie ma, ale mimo to polecam lekturę wszystkim, którzy mają ochotę na odrobinę intelektualnego wysiłku w odrealnionym świecie.

PS Kiedyś słyszałam, że jednym z najbardziej inspirujących pisarzy dla Jacka Dukaja jest właśnie Stanisław Lem. W tej Pamiętniku rzeczywiście można było to dostrzec – szczególnie w tendencji obu panów do używania terminu urękawiczony.

niedziela, 22 maja 2016

Give life back to music

Na wstępie garść informacji – od teraz notki będą pojawiać się co dwa tygodnie w sobotę lub niedzielę (wierzę, że poprawi to jakość tekstów).
A teraz tekst właściwy – historia z życia, ku przestrodze i motywacji ogółu.

Jakiś czas temu w Lifeliście napisałam, że piosenką na ten rok jest Give Life Back To Music. Że niby odnawiam moją relację z muzyką. Sama w to wtedy nie wierzyłam, ale cóż… koniec końców, udało się.
Ale zacznijmy od początku.
Jak wspomniałam, we wrześniu w to nie wierzyłam. Po ostygnięciu pierwszej fascynacji klawesynem, marzyłam już tylko o skończeniu szkoły z satysfakcjonującym wynikiem. Wiązało się to z nie małym wysiłkiem, ale byłam gotowa na takie poświęcenie. Choć wciąż nie potrafiłam oswoić klawesynu, dzielnie przychodziłam po zajęciach ćwiczyć. Z początku było ciężko – odzwyczaiłam się od kilkugodzinnych ćwiczeń. Jednak po kilku miesiącach opanowałam materiał na tyle, że w pewnym momencie nie siadałam do klawiatury tylko z poczucia obowiązku. Szło mi o wiele lepiej niż kiedykolwiek, więc i wróciła nieobecna od dawna radość z gry. Obowiązkowe przesłuchania wstępne nie wydawały mi się już tak straszne – nowo nabyta pewność siebie wyparła paniczny lęk przed graniem dla publiczności.
Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł czas na egzamin. Grałam podekscytowana, a nie zestresowana. Skromny recital zwieńczyła nie tylko bardzo dobra ocena, ale także zadowolenie z własnej gry.
Jaki z tego doświadczenia wypłynął dla mnie morał? Przede wszystkim taki, by, choćby nie wiem jak było źle, nie porzucać tego, co kocham. Zwłaszcza, jeśli przez dłuższy czas tej miłości nie odczuwałam. W takim momencie nie należy się poddawać, ale wziąć głęboki oddech i cierpliwie spróbować odkryć pasję na nowo. Dać sobie czas, by rzeczywiście zgłębić  temat i odkryć nowe obszary fascynacji.

Parafrazując więc pewnego klasyka, I gave life back to music. Udało mi się także pojednać z klawesynem. Tak więc choć nie wiem jeszcze jak to logistycznie rozwiążę, ale będę muzykować dalej, w taki, albo i inny sposób.


sobota, 9 kwietnia 2016

Jak pech, to pech


Mam takie szczęście, że w godzinach moich ćwiczeń w szkole muzycznej zawsze obecne są jeszcze dwie inne osoby – rzępolący po dziecięcemu skrzypek z sali obok i buczący fagocista z sali nade mną. Kilka dni temu jednak miałam okazję usiąść do instrumentu dwie godziny wcześniej – idealnie, by pograć przed pojawieniem się nieproszonych sąsiadów.
Tak więc usiadłam.
I wtedy się zaczęło.
Usłyszałam nad głową jakieś kroki. Zaraz jednak kroki ucichły; zastąpił je dźwięczny głos sopranistki… dołączyła do niej altystka… i bas.
Bas dudnił, sopranistka przeszła do rejestrów, w którym szkło pęka.
Ale grunt to się nie poddawać. Zaczęłam ćwiczyć mój najgłośniejszy utwór – zagłuszył drażniące pianie na tyle, że prawie mi nie przeszkadzało.
Wtedy jednak usłyszałam ruch w sali obok. Dwa saksofony zaczęły się stroić. Zaczęły, ale nie skończyły. Mimo to zaczęły grać duet. Bardzo wirtuozowski, bardzo głośny, bardzo, przez niedostrojenie, fałszywy. A kiedy już myślałam, że gorzej być nie mogło, do taktu zawtórował im nauczyciel, wykrzykując uwagi i wybijając rytm o fortepian, który obijał się o ścianę. Moją ścianę, tą, przy której od drugiej strony siedziałam ja. Wokaliści z góry, jakby czując, że ktoś zaczął z nimi konkurować, także zaczęli śpiewać głośniej, potęgując kakofonię.
W tym hałasie nawet nie dosłyszałam, że odruchowo sama wciąż grałam.
Tego było za wiele. Wstałam, trzasnęłam skrzydłem klawesynu (bo niestety klapy nad klawiaturą nie ma) i zgarnęłam portfel.
- Jak wrócę, ma was tu nie być – wysyczałam w stronę ścian i wyszłam.
Poszłam do piekarni. Bardzo wolno, bardzo okrężną drogą.
Nie wiem, ile mnie nie było. Chyba długo, bo weszłam do sali – cisza. Schowałam do plecaka portfel – cisza. Ponownie otworzyłam instrument – nadal cisza. Zaczęłam grać – dzięki Bogu, słyszałam tylko siebie.

W myślach dziękowałam niebiosom za ten cud. Przezornie jednak przysięgłam, że nigdy, przenigdy więcej nie będę marudzić na skrzypka i fagocistę.

sobota, 2 kwietnia 2016

Rośnie nam fan


Studio tańca, w którym działam, przynajmniej raz do roku organizuje „kulturalny” pokaz wszystkich grup. Kulturalny, znaczy nie w klubie, ale na sali teatralnopodobnej, dedykowany głównie krewnym i bliskim tancerzy.
Odkąd jestem z tym studiem związana – czyli od ostatnich kilku lat – dostrzec można pewien niepisany zwyczaj. Mianowicie, przynajmniej w jednej choreografii pojawia się jakieś nawiązanie do Gwiezdnych Wojen.
W tym roku nie było inaczej. Padło na jedną z najbardziej energicznych ekip. Gdy tylko tancerze pojawili się na sali, ryknęła mocna muzyka, do którego zaraz dołączył równie ognisty taniec. Dźwięk i ruch narastały, elektryzując publiczność, i narastały, narastały…
Aż w szczytowym momencie wszystko ustało. Muzyka ucichła, tancerze zastygli, sala pogrążyła się w półmroku.
Trwało to ułamek sekundy. Zaraz po tym rozległ się znajomy świszczący oddech…
 A nagle przez salę przetoczył się równie podekscytowany dziecięcy okrzyk:
- Lord Vader!

Cała widownie ryknęła śmiechem. Ja także. Ale nie był to tylko wyraz rozbawienia, lecz także radości i dumy. Radości, że ukochana saga wciąż potrafi budzić emocje w kolejnych pokoleniach. Dumy – z dziecka, które w tym jednym momencie stało się symbolicznym potomkiem każdego starszego fana Gwiezdnych Wojen.


środa, 23 marca 2016

"Pójdźcie za mną"

W tym tygodniu wcześniej, co by potem nikomu głowy w Święta nie zawracać. A z okazji tychże świąt przypomniała mi się pewna sytuacja z wycieczki tak na przełomie gimnazjum i liceum. Jak to zwykle na takich wycieczkach bywa, dużo zwiedzaliśmy, i to w szczególności zabytków sakralnych. Wśród nich znalazł się i jakaś barokowa świątynia, ociekająca przepychem i złotem. Po zwyczajowej wspólnej modlitwie na wejściu dostaliśmy chwilę by indywidualnie zajrzeć do wszystkich naw. Ja na ten spacer wybrałam się wtedy z Dysią. Chodziłyśmy od ołtarza do ołtarza, krokiem powolnym i dostojnym, patrząc na wszystko z umiarkowanym zainteresowaniem.
Naszą uwagę przykuł dopiero obraz Zmartwychwstałego Chrystusa – jeden z tych, gdzie Zbawiciel wśród blasku i chwały wstępuje do nieba, w ledwo tylko zarzuconym na jedno ramię purpurowym płótnie.
- Tu gdzieś w pobliżu był żeński zakon, prawda? – spytała nagle Dysia.
Przytaknęłam głową, nie spuszczając wzroku z obrazu.
- I chyba właśnie ten Jezus zakonnicom się objawiał – dodałam po chwili.
Tym razem Dysia skinęła potakująco.
- Taka klata… - westchnęła. - Jeśli Jezus naprawdę był taki przystojny, to sama zostałabym taką zakonnicą.
Nie mogłam się z nią nie zgodzić.
Mam nadzieję, że Jezus wybaczył nam to. Bo choć zachwycił nas tak nie jeden obraz, naprawdę wierzymy w chrystusowe nauki. Z czystymi sercami możemy więc życzyć wszystkim wesołego Alleluja!

niedziela, 20 marca 2016

Kino dla opornych

Trudno w to uwierzyć, ale nawet dziś chodzą po świecie ludzie, którzy nie wiedzą, jak należy zachowywać się w kinie. Trudno powiedzieć, czy dlatego, że przez stosunkowo młody wiek sztuki filmowej jeszcze nie zdążyli przyswoić sobie wszystkich zasad, czy może przez możliwość oglądania filmów w sieci bez wychodzenia z domu już zapomnieli jak działa kino. Jakikolwiek by to jednak nie był powód, jego efekty skłaniają mnie do rzucenia kilkoma wskazówkami co do bytności w sali kinowej.

1.   Pamiętaj, że nie jesteś w sali sam. Wydaje się to oczywiste, ale wbrew pozorom zapomina o tym aż za wielu kinomanów. Warto więc zapamiętać ten fakt, także dlatego, że dalsza część listy opiera się na tym jednym stwierdzeniu.
2.   Nie kop fotela przed sobą. Ty ledwo zauważasz, że poruszasz nogą, ale osoba przed Tobą dostaje szewskiej pasji.
3.   Nie układaj włosów tak, że Twoja głowa wydaje się dwa razy większa. Kinowe fotele mają takie rozmiary, że czubek głowy przeciętnego obywatela lekko wystaje ponad oparciem. Dodaj do tego kolejnych kilka centymetrów koka lub postawionych na żel włosów, a gwarantuję, że osoba siedząca za Tobą będzie miała zasłoniętą przynajmniej jedną czwartą ekranu.
4.   Nie kręć głową co piętnaście sekund. Szczególnie ważne na filmach z napisami – Ty co chwilę przechylasz głowę z lewa na prawa, a osoba z tyłu wygina się razem Tobą, walcząc o możliwość czytania kwestii bohaterów.
5.   Nie wyciągaj telefonu podczas seansu. Nawet przy najbardziej wyciemnionym ekranie, to naprawdę widać. W promieniu kilkunastu siedzeń widoczna jest łuna niczym wzywający Batmana reflektor. Jeśli więc nie jest to coś równie ważnego jak sprawy Batmana, nie wyjmuj telefonu.
6.   Jeśli masz przekąski w szeleszczących opakowaniach, otwórz jeszcze przed rozpoczęciem filmu. Nie ma nic bardziej frustrującego, niż poreklamowa cisza, w której pomału wykluwa się film, zakłócona trzaskaniem opakowań. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie otwieranie jedzenia jeszcze w trakcie reklam.
7.   Nie rozmawiaj przez cały seans. Wszyscy lubimy od czasu do czasu rzucić jakimś naprawdę ważnym spostrzeżeniem w trakcie filmu. Ale jednak czy dwie uwagi to nie gadanie przez cały seans – nieustający szmer czy, o zgrozo, niekontrolowany wybuch śmiechu już nie raz zabiły najbardziej wzruszające czy przerażające sceny w historii kina.

Cała ta lista brzmi absurdalnie, prawda? W końcu to same powszechnie wiadome prawdy! W ich powszechność i znajomość zwątpiłam kilka dni temu, gdy zdarzyło mi się siedzieć w sąsiedztwie kinomana, który złamał praktycznie wszystkie z powyższych prawd. Jednak zdecydowałam się napisać tę listę gdy zdałam sobie sprawę, że sama bezmyślnie nie raz robiłam to samo.

Tak że zachęcam do refleksji nad zachowaniem w miejscach publicznych ogólnie – by uczyć się jeszcze przed popełnieniem błędów.

niedziela, 13 marca 2016

Typowi spóźnialscy

Jednym z uroków studiowania jest to, że zajęcia trwają aż półtorej godziny. Z takim zapasem czasu nikt z przybyciem się nie spieszy – który z profesorów w ferworze działania zauważy, czy ktoś rzeczywiście przekroczył ten przysłowiowy kwadrans studencki czy też nie. W mojej grupie więc właściwie wszystkim zdarzają się co jakiś czas takie niewinne spóźnienia. Niby nic, jednak do przyjrzenia się temu zjawisku i zanalizowania go skłoniła mnie jedna z osób, która spóźnia się w dość ciekawy sposób.
Wchodzi cicho jak kot. Nie mówi nic – symboliczne przeprosiny przesyła wykładowcy samym ruchem warg. Przechodzi przez salę pewnie i z gracją, nie przejmując się stukaniem obcasów. Udaje, że nie słyszy swoich kroków. W ogóle całą swoją postawą próbuje przekonać, że wszystko jest tak, jak być powinno. Idąc unosi wysoko głowę i strzela naokoło wyzywającym spojrzeniem. „Tak, spóźniłam się – ale co z tego?” zdaje się mówić. Jest zdecydowanie ponad to.
To tak zwany typ zimnej wyniosłości. Zupełnie inny niż kolejny, mniej rzucający się w oczy, ale zdecydowanie bardziej popularny. To skrytobójca. Jego przybyciu nie towarzyszy absolutnie żaden dźwięk. Studenci, z racji tego gdzie siedzą, zauważają go niemal od razu. Wykładowca jednak, nie zaalarmowany żadnym hałasem, albo pozostaje nieświadomy, albo dostrzega tylko kątem oka jakiś przemykający przez salę cień. Nawet jeśli odwróci się, by zgromić wzrokiem spóźnialskiego, sam jest spóźniony – skrytobójca bowiem siedzi już w ławce i bazgra bezwiednie w zeszycie, jakby był obecny od samego początku wykładu.
Pochodnym typem od skrytobójcy jest niezdara. Niezdara także chce wślizgnąć się na zajęcia niezauważonym, jednak nigdy mu się to nie udaje. Już wchodząc do sali zaczepia kurtką o klamkę. Przez długi czas szarpie się z drzwiami, którymi potem trzaska. Mrucząc przeprosiny przemierza salę skupiony na poprawianiu niepokornej kurtki, więc po drodze potyka się na stopniach. Gdy w końcu dociera do pierwszego wolnego miejsca, z nerwów zapomina o planie zachowania ciszy, na dokładkę więc szurnie krzesłem i zatrzeszczy rozkładanym pulpitem. Na pełne wyrzutu spojrzenie wykładowcy może tylko powiedzieć, że naprawdę starał się wejść po cichu.
Jednak zdarzają się też tacy, którzy podobne chwile uwagi lubią wykorzystać na ekspresowy stand-up. Kabareciarz wpada więc na salę z impetem, najlepiej zziajany. Przerywa wykład wykrzykując powitanie, przeprosiny i zapewnienie, że to spóźnienie to nie z jego winy, to przez wyjątkową sytuację. Po tym wstępie przechodząc obok katedry zwalnia nieco kroku i wbija w profesora intensywne spojrzenie, błagające, by ten spytał o ową wyjątkową sytuację. Czasem wykładowcy łapią się na to, czasem nie, jednak kabareciarz i tak się odezwie – po coś w końcu ułożył tę kuriozalną historię o pijanych napastnikach terroryzujących tramwaj.

Wszystko to jednak nic w porównaniu z odwiecznym. Odwieczny spóźniał się od zawsze, więc będzie się spóźniał do skończenia świata. To fakt. Tak oczywisty, że nikt już się temu nie dziwi. Jego spóźnieniami nie przejmują się już ani wykładowcy, ani nawet on sam. Po zajęciach nie prosi nawet o odhaczenie go na liście obecności – dobrze wie, że profesor wpisał mu spóźnienie jeszcze przed jego przybyciem.

sobota, 5 marca 2016

Nie marnujmy włosów!


Kilka dni temu po powrocie do domu zastałam na biurku jakąś tajemniczą kopertę – jak się okazało, od fundacji Rak’n’Roll z podziękowaniami za wzięcie udziału w akcji „Daj włos!”. Zrobiło mi się bardzo miło… i jednocześnie przypomniało mi się, że chciałam tu o tej akcji wspomnieć.
Tak więc wspominam.
Ja znalazłam tę akcję przypadkiem, gdy postanowiłam ściąć włosy z okazji Nowego Roku (nowy rok – nowe włosy – nowa ja, i takie tam). W pierwszym egoistycznym odruchu planowałam ścięte pasma sprzedać, jednak koleżanka podrzuciła mi hasło oddania włosów na cele charytatywne. Jej pomysł wydał mi się o wiele lepszy – tym bardziej, że ścięcie włosów miało symbolizować zmianę na lepsze.
„Daj włos!” było pierwszym, co wyskoczyło mi w wyszukiwarce. Jak już pisałam, jest to akcja organizowana przez fundację Rak’n’Roll i polega na oddaniu włosów, które zostaną przeznaczone na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii. Jak to wszystko dokładnie działa, najlepiej sprawdzić na oficjalnej stronie – TU.

Podobnych przedsięwzięć jest naprawdę sporo – wystarczy rozejrzeć się w sieci. A zainteresować się tym warto – w końcu tak zmiana fryzury uszczęśliwi już nie tylko jedną osobę.

niedziela, 28 lutego 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Wenecja Vivaldiego" Laurel Corony

Na wstępie chciałam wyjaśnić brak jakiejkolwiek aktywności w zeszłym tygodniu – jest to efekt zbyt wielu czasochłonnych zdarzeń zbyt blisko siebie, żaden brak chęci czy pomysłów na blogową działalność. Była to sytuacja wyjątkowa, za którą przepraszam i której nie planuję powtarzać.



Wenecję Vivaldiego Corony wcisnęła mi w ręce przyjaciółka, z którą często wymieniamy się wszelkimi fascynacjami. Dlatego też trochę bałam się i odwlekałam moment przeczytania tejże książki – bo o ile w kwestii muzyki mamy z przyjaciółką identyczny gust, o tyle z powieściami niekoniecznie tak bywa. Wybierane przez nią lektury często są dla mnie… zbyt babskie. Babska książka to taka, gdzie na pierwszy plan zawsze wysuwa się wątek miłosny, tak wygładzony i do bólu nieprawdopodobny, że nie można nie uznać go za niemożliwą do spełnienia fantazję samej autorki – bo termin „babski” wziął właśnie stąd, że taki obraz miłości pojawia się zwykle w dziełach kobiet (u mężczyzn podobnym objawem jest przeginanie w drugą stronę, kiedy to romans sprowadza się tylko do, łagodnie mówiąc, miłości cielesnej - ale o tym innym razem).
Wenecja Vivaldiego niestety na pierwszy rzut oka zapowiadała się właśnie na taką babską lekturę, zarówno z okładki, jak i z zarysu fabuły. Jest to historia dwóch sióstr, Maddaleny i Chiaretty, wychowujących się w przytułku dla dziewcząt, którego wychowanki słyną jako jednej z najlepszych muzyczek w Wenecji w czasie działalności Antonio Vivaldiego.
Brzmi groźnie. Przynajmniej dla mnie. Miło było więc się przekonać, że pierwsze wrażenie okazało się nietrafione.
Osią całej książki są żywoty wspomnianych sióstr. I tym właśnie jest ta opowieść – zapisem życia dwóch kobiet, które mimo identycznego startu zawędrowały na dwie różne ścieżki losu. Śledząc losy bohaterek, obserwujemy jak dziewczynki stopniowy zamieniają się w kobiety, jak rozwijają się ich pasje, jak na przestrzeni lat zdobywają doświadczenie i na jego podstawie zmieniają się ich poglądy na świat. Bardzo wnikliwe studium oparte na ciekawej historii.
Pozytywnie oceniam także wydźwięk opowieści. Losy sióstr, choć zaczęły się podobnie, rozbiegły się w dwie zupełnie inne strony. Wynikało to głównie z podejmowanych przez nie decyzji. Wyłania się z tego jednoznaczny wniosek, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w głównej mierze od nas samych. Żadna z bohaterek nigdy też nie polegała na samym szczęściu – walcząc o swoje marzenia i pasje, nieraz podejmowały się wręcz heroicznych wyczynów nie zważając na ewentualne konsekwencje. Gdy bardzo na czymś im zależało, nie liczyły na łut szczęścia, ale zawsze swoimi działaniem starały się temu szczęściu pomóc.
Jednak choć lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, znalazło się kilka szczegółów, które przyjęłam z lekkim zgrzytem. Jak wcześniej pisałam, historia toczy się niemal od narodzin do śmierci sióstr – przez tak rozpięte ramy czasowe, wiele ciekawych wątków zostało sprowadzonych do roli tła. Z jednej strony mnie to rozczarowuje – brakowało mi wielu szczegółów z historii muzyki tamtego okresu, zwłaszcza, że muzyka sama w sobie odgrywała bardzo ważną rolę; nieraz autorka odwoływała się do tajemnicy tożsamości rodziców sióstr, nigdy jednak nie dostajemy odpowiedzi na postawione w książce pytania. Z drugiej strony jednak pasuje to do konwencji – w końcu tak to już w życiu bywa, że coś się zaczyna i nigdy nie zostaje doprowadzone do końca, większość tematów nie zostaje nigdy zgłębionych do końca.
Ciężko było mi też przechodzić przez opisy muzyki, jej brzmienia. Choć wielu kompozytorów w swoich utworów maluje pewne obrazy czy nawet opowiada całe historie, nie działa to w drugą stronę. Można opisać coś muzyką, ale trudno jest opisać muzykę. Dźwięk jest dla mnie czymś zbyt abstrakcyjnym, by w pełni wyrazić go słowami. Nie mniej jednak jeśli ktoś nie podziela takich poglądów jak moje, poetyckie i zarazem bardzo dokładne opisy autorki na pewno sprawią, że czytelnik będzie w stanie niemal usłyszeć tę opisywaną muzykę.

Ostatecznie więc określiłabym tę książkę jako jedną z tych, które niewątpliwie sprawiły mi przyjemność, ale pozostawiły jakiś niedosyt. 

poniedziałek, 15 lutego 2016

niedziela, 7 lutego 2016

Deadpool, please stahp

To było jeszcze przed końcem sesji. Ba, właściwie w samym jej środku – niby większość przedmiotów zaliczona, ale wszystkie najgorsze egzaminy wciąż majaczą przede mną. Po powrocie do domu więc musiałam odrzucić gazetę na łóżko i okopać się przy biurku zawalonym notatkami…
Wszystko szło dobrze, dopóki po pół godzinie nauki nie musiałam zrobić sobie przerwy na pełne boleści westchnienie i wzniesienie oczu do sufitu. Właśnie w drodze od notatek do sufitu wzrok mój przystanął na okładce leżącej na łóżku gazety – Deadpool, obrócony z gracją, jedną ręką łapiąc się za pośladek, drugą niedwuznacznie unosząc do ust, łypał na mnie ponętnie właśnie z tej okładki. Nie mogłam nie odpowiedzieć na to uśmiechem,  i zaraz wróciłam do swoich notatek.
Jednak po przeczytaniu zaledwie kilku wersów mój wzrok bezwiednie znów spojrzał ponad kartką – Deadpool wciąż tam był i wciąż na mnie patrzył.
Nie, nie rzucę nauki w cholerę obiecałam sobie znów wracając do notatek. Czytałam dzielnie, jednak wciąż i wciąż ten sam akapit – czując na sobie spojrzenie z okładki nie potrafiłam skupić myśli.
Mogłam wstać i obrócić gazetę okładką do dołu. Nie, nie mogłam. Po pierwsze dlatego, że znalezienie wygodnej pozycji na krześle zajęło mi naprawdę sporo czasu, a z tego miejsca nie byłam wstanie dosięgnąć do łóżka. Po drugie, i co ważniejsze, nie mogłam dać się sprowokować Deadpoolowi. Nie dam mu tej satysfakcji, niech patrzy ile chce i jak chce, mnie nie złamie!
W pewnym momencie jednak się złamałam. Nie, nie wstałam z krzesła – rzuciłam notatki na blat, skrzyżowałam ręce na piersi i odpowiedziałam na wyzwanie najbardziej obojętnym spojrzeniem, na jakie było mnie stać.
Walka była długa i zażarta. Nie wiem, czym by się to skończyło (nie wykluczam rękoczynów, w końcu ile można wytrzymać zwiniętej na krześle), gdyby drzwi mojego pokoju nagle się nie uchyliły i przez szparę nie wślizgnęłaby się Kota…
Koty mają taki głupi zwyczaj, że jak tylko gdzieś leży książka/zeszyt/gazeta/kartka/itp. natychmiast muszą na tym usiąść. Tak więc Kota, w odpowiedzi na ten zew, momentalnie wskoczyła na łózko i spojrzała na czasopismo, gotowa na nim usiąść.
Mając w końcu neutralny pretekst, momentalnie zerwałam się z krzesła.
- A-a-a, kiciu, nie wolno siadać na papierze – zaćwierkałam, dosłownie wyrywając jej gazetę spod łap. Ciesząc się z zesłanej przez los okazji, przeszłam tanecznym krokiem przez pokój i odłożyłam pismo na regał. Tym razem, przezornie, okładką do dołu.
- Ty, mój drogi, musisz zaczekać do premiery – rzuciłam jeszcze do Deadpoola na odchodnym.

Kota nie wydała się zmartwiona brakiem gazety. Zamiast tego zwinęła się w kłębek na porzuconym opodal swetrze, o wiele wygodniejszym niż papier. Ja za to wróciłam do nauki, niczym już nie rozpraszana, i, co ważniejsze, z jednym wygranym pojedynkiem z Deadpoolem na koncie.

PS Dla tych, którzy nie kojarzą plakatów Deadpoola, niech obczają ten TU - ten właśnie obserwował mnie z okładki Nowej Fantastyki. Lubię go, aczkolwiek dla mnie najlepszy jest TEN.

sobota, 30 stycznia 2016

Krople do nosa

Nie ma lepszego momentu na chorowanie, jak tuż przed sesją. Zajęcia jeszcze się nie skończyły, a zdarzają się już też egzaminy czy zaliczenia. Cokolwiek by się jednak nie działo, zdecydowanie nie można sobie pozwolić nawet na dzień wolnego.
Musiałam więc radzić sobie inaczej. O nie, nie dam się ani sesji, ani chorobie przed sesją. Przed pierwszym poniedziałkowym wykładem wpadłam do lekarza, potem zahaczyłam o aptekę, żeby zrealizować jeszcze ciepłą receptę.
Gdy dotarłam do uniwersytetu, miałam na koncie kwadrans spóźnienia. Nie za dużo, nie za mało, w sam raz, by zdążyć zaaplikować dawkę dopiero co nabytych kropli do nosa.
Właściwie już od samego początku czułam, że będzie z nimi problem. Głównie dlatego, że jestem beznadziejna w zakrapianiu czegokolwiek, nawet nosa czy uszu, bo o oczach już nawet nie będę wspominać. Gdy więc stanęłam już przed lustrem w najbliższej łazience, wyjęłam pudełeczko z niejakim niepokojem.
Nazwy nie pamiętam, bo, jak to z lekami bywa, nawet nie potrafiłam jej przeczytać. W oczy jednak rzuciło mi się wielkimi literami „do oczu i uszu”.
Szczęście w nieszczęściu. Nieszczęściu, bo aplikować można je wszędzie, tylko nie do nosa, a do nosa właśnie miałam ich użyć. Szczęście, bo skoro przeznaczono je do oczu, to pewnie nie będą za gęste i łatwiej będzie w ogóle wydobyć je z buteleczki.
Szczęście jednak też okazało się nieszczęściem – wodniste krople wleciały mi do nosa w takiej ilości, jakbym wzięła głęboki wdech z głową zanurzoną w basenie. Zakrztusiłam się, oczy zaszły mi łzami, zaczęłam kaszleć, pociągać nosem, kląć. Stałam pochylona nad umywalką, z dłonią przyciśniętą do nosa, ciesząc się, że nie miałam świadków tej dziwnej sceny.
Wtedy jak grzmot przez łazienkę przelał się huk spuszczanej wody. Zaraz z jednej z kabin niepewnie wyszła jakaś studentka, jednocześnie wystraszona i rozbawiona moimi szaleństwami. W jej spojrzeniu krył się jakiś błysk, jakby chciała spytać co takiego ciekawe wciągam... Oczy jednak wciąż miałam załzawione, więc możliwe, że tylko mi się to przywidziało. Nie miałam ochoty się co do tego upewniać, więc zaraz wybiegłam na korytarz.

Po raz pierwszy ucieszyłam się, że życie na studiach nie jest tak kameralne jak w liceum – istniało olbrzymie prawdopodobieństwo, że już nigdy tej studentki nie spotkam.

sobota, 23 stycznia 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Turniej w Gorlanie"

Link do postu o wyzwaniu Kiedyś przeczytam TUTAJ


John Flanagan – Zwiadowcy, wczesne lata. Turniej w Gorlanie

Tu chyba powinnam wstawić zdjęcie książki… Ale zwróciłam ją bibliotece, nim o tym pomyślałam. Mam więc nadzieję, że ten brak zostanie zapomniany.

Z panem Flanaganem znamy się nie od dziś. Nasza przyjaźń zaczęła się w 2009 roku, kiedy to pojawiło się pierwsze wydanie polskie Zwiadowców. Wtedy jeszcze wiodłam szczęśliwe życie na łonie szkolnej biblioteki, głodna każdej nowości na półce z tabliczką Fantastyka. Zwiadowcy to jedna z tych serii, o których nie zapomniałam po pójściu do liceum i potem dzielnie biegałam po każdy kolejny tom do biblioteki publicznej. Jak widać, biegam tak aż do dziś.
Zwiadowcy, jak sam tytuł wskazuje, opowiadają o przygodach zwiadowców – korpusu niesamowitych łuczników służących królestwu Araluenu. Seria zaczyna się od walki ze zbuntowanym lordem Morgarathem – Turniej w Gorlanie odsyła czytelnika do zdarzeń będących początkiem konfliktu.
To chyba wszystko, co o fabule mogę powiedzieć. Właściwie nawet nie chcę więcej mówić – w tym wypadku sama historia jest dla mnie drugorzędną sprawą. Wszystko tak naprawdę sprowadza się do tych siedmiu lat, spędzonych przy dwunastu – teraz już trzynastu – tomach. Obcując z prozą Flanagana, już nie czuję się jak zwykły czytelnik. To trochę tak, jakbym w teatrze nie siedziała na widowni, ale na scenie z aktorami. Prywatne żarty grona zwiadowców są i moimi żartami; gdy w historii nagle pojawia się sylwetka legendy korpusu, jestem tym równie podekscytowana co sami bohaterami – trochę jakbym sama była częścią tego świata.
Jednak to poczucie przynależności i jedności z książką nie wzięło się znikąd. Jest to zasługą pana Flanagana, tego wszystkiego, co w jego prozie kocham i czego mimo upływu lat wciąż w niej nie brakuje. Przede wszystkim są to dobrze skonstruowani bohaterowie – pełnowymiarowi, bardzo charakterystyczni. Co więcej, dobrani są w takich konfiguracjach, że wspólnie tworzą bardzo ciekawe sieci relacji. W większości sytuacji prowadzi to do wielu zabawnych, niemal skeczowych dialogów, które do dziś sprawiają mi wiele radości.
Ten tom jednak jak jeszcze żaden inny nie przypomniał mi, że jest to jednak proza młodzieżowa. Po tych kilku latach, bogatsza o doświadczenia poważniejszych lektur, nie mogę nie zwrócić uwagi na wręcz za prosty język czy nieco infantylną naiwność historii. W tym wypadku jednak wcale mi to nie przeszkadza. Głównie przez sympatię do bohaterów i wiążącą mnie z nimi długoletnią przyjaźń - miło patrzeć, jak im się w „życiu” powodzi.
Poza tym, jest to bardzo przyjemna odskocznia od wręcz brutalnie wiarygodnej prozy George’a R. R. Martina. O tak, czasem potrzeba takiej odskoczni…