Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dawno ale prawda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dawno ale prawda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dancehall Queens

Dancehall to właściwie nieustanna walka. Na Jamajce nawet bawiące się wspólnie przyjaciółki ciągle rywalizują – choć nie zawsze dopiekają sobie wprost, każda z nich tańczy tak, by podkreślić, że to właśnie ona rusza się najlepiej, najseksowniej; każda czuje się tą jedyną prawdziwą królową parkietu; i choć każda autentycznie kocha swoje przyjaciółki, żadnej nie odstąpi swojej korony.
U nas, w Polsce, choć jesteśmy podobno narodem walecznym, wygląda to zgoła łagodniej. Widać to zwłaszcza na małych contestach, gdzie wszystkie dobrze się znają i lubią. Stają takie dwie naprzeciw siebie, machają do siebie przyjaźnie, uśmiechają się. Wtedy wybucha muzyka – męska, mocna, agresywna. I nagle uśmiechy znikają, twarze w jednej chwili zamieniają się w groźne kamienne maski. Każde spojrzenie, każdy krok, każdy ruch tryska agresywną energią. Krążą po parkiecie jak lwice, prowokując się nawzajem tańcem, wyzywają i zapewniają, że jedna drugiej może co najwyżej naskoczyć.
Aż muzyka znowu cichnie. Dziewczyny zatrzymują się, maski znikają, a zaraz na twarzach znów pojawia się uśmiech – przepraszający. Bo przecież to był tylko taniec, one tak nie na serio z tą pogardą… Lekkie poczucie winy bije im z oczu, a na dokładkę jeszcze rzucają się sobie w ramiona, szepcąc do ucha jedna drugiej, że była świetna i bije ją na głowę.

Takie to są nasze rodzime dancehall queens – niby groźne, ale jednak całkiem miłe babki, gotowe zaprzeczyć, żeby królowa rzeczywiście była tylko jedna.

niedziela, 22 maja 2016

Give life back to music

Na wstępie garść informacji – od teraz notki będą pojawiać się co dwa tygodnie w sobotę lub niedzielę (wierzę, że poprawi to jakość tekstów).
A teraz tekst właściwy – historia z życia, ku przestrodze i motywacji ogółu.

Jakiś czas temu w Lifeliście napisałam, że piosenką na ten rok jest Give Life Back To Music. Że niby odnawiam moją relację z muzyką. Sama w to wtedy nie wierzyłam, ale cóż… koniec końców, udało się.
Ale zacznijmy od początku.
Jak wspomniałam, we wrześniu w to nie wierzyłam. Po ostygnięciu pierwszej fascynacji klawesynem, marzyłam już tylko o skończeniu szkoły z satysfakcjonującym wynikiem. Wiązało się to z nie małym wysiłkiem, ale byłam gotowa na takie poświęcenie. Choć wciąż nie potrafiłam oswoić klawesynu, dzielnie przychodziłam po zajęciach ćwiczyć. Z początku było ciężko – odzwyczaiłam się od kilkugodzinnych ćwiczeń. Jednak po kilku miesiącach opanowałam materiał na tyle, że w pewnym momencie nie siadałam do klawiatury tylko z poczucia obowiązku. Szło mi o wiele lepiej niż kiedykolwiek, więc i wróciła nieobecna od dawna radość z gry. Obowiązkowe przesłuchania wstępne nie wydawały mi się już tak straszne – nowo nabyta pewność siebie wyparła paniczny lęk przed graniem dla publiczności.
Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł czas na egzamin. Grałam podekscytowana, a nie zestresowana. Skromny recital zwieńczyła nie tylko bardzo dobra ocena, ale także zadowolenie z własnej gry.
Jaki z tego doświadczenia wypłynął dla mnie morał? Przede wszystkim taki, by, choćby nie wiem jak było źle, nie porzucać tego, co kocham. Zwłaszcza, jeśli przez dłuższy czas tej miłości nie odczuwałam. W takim momencie nie należy się poddawać, ale wziąć głęboki oddech i cierpliwie spróbować odkryć pasję na nowo. Dać sobie czas, by rzeczywiście zgłębić  temat i odkryć nowe obszary fascynacji.

Parafrazując więc pewnego klasyka, I gave life back to music. Udało mi się także pojednać z klawesynem. Tak więc choć nie wiem jeszcze jak to logistycznie rozwiążę, ale będę muzykować dalej, w taki, albo i inny sposób.


sobota, 9 kwietnia 2016

Jak pech, to pech


Mam takie szczęście, że w godzinach moich ćwiczeń w szkole muzycznej zawsze obecne są jeszcze dwie inne osoby – rzępolący po dziecięcemu skrzypek z sali obok i buczący fagocista z sali nade mną. Kilka dni temu jednak miałam okazję usiąść do instrumentu dwie godziny wcześniej – idealnie, by pograć przed pojawieniem się nieproszonych sąsiadów.
Tak więc usiadłam.
I wtedy się zaczęło.
Usłyszałam nad głową jakieś kroki. Zaraz jednak kroki ucichły; zastąpił je dźwięczny głos sopranistki… dołączyła do niej altystka… i bas.
Bas dudnił, sopranistka przeszła do rejestrów, w którym szkło pęka.
Ale grunt to się nie poddawać. Zaczęłam ćwiczyć mój najgłośniejszy utwór – zagłuszył drażniące pianie na tyle, że prawie mi nie przeszkadzało.
Wtedy jednak usłyszałam ruch w sali obok. Dwa saksofony zaczęły się stroić. Zaczęły, ale nie skończyły. Mimo to zaczęły grać duet. Bardzo wirtuozowski, bardzo głośny, bardzo, przez niedostrojenie, fałszywy. A kiedy już myślałam, że gorzej być nie mogło, do taktu zawtórował im nauczyciel, wykrzykując uwagi i wybijając rytm o fortepian, który obijał się o ścianę. Moją ścianę, tą, przy której od drugiej strony siedziałam ja. Wokaliści z góry, jakby czując, że ktoś zaczął z nimi konkurować, także zaczęli śpiewać głośniej, potęgując kakofonię.
W tym hałasie nawet nie dosłyszałam, że odruchowo sama wciąż grałam.
Tego było za wiele. Wstałam, trzasnęłam skrzydłem klawesynu (bo niestety klapy nad klawiaturą nie ma) i zgarnęłam portfel.
- Jak wrócę, ma was tu nie być – wysyczałam w stronę ścian i wyszłam.
Poszłam do piekarni. Bardzo wolno, bardzo okrężną drogą.
Nie wiem, ile mnie nie było. Chyba długo, bo weszłam do sali – cisza. Schowałam do plecaka portfel – cisza. Ponownie otworzyłam instrument – nadal cisza. Zaczęłam grać – dzięki Bogu, słyszałam tylko siebie.

W myślach dziękowałam niebiosom za ten cud. Przezornie jednak przysięgłam, że nigdy, przenigdy więcej nie będę marudzić na skrzypka i fagocistę.

sobota, 2 kwietnia 2016

Rośnie nam fan


Studio tańca, w którym działam, przynajmniej raz do roku organizuje „kulturalny” pokaz wszystkich grup. Kulturalny, znaczy nie w klubie, ale na sali teatralnopodobnej, dedykowany głównie krewnym i bliskim tancerzy.
Odkąd jestem z tym studiem związana – czyli od ostatnich kilku lat – dostrzec można pewien niepisany zwyczaj. Mianowicie, przynajmniej w jednej choreografii pojawia się jakieś nawiązanie do Gwiezdnych Wojen.
W tym roku nie było inaczej. Padło na jedną z najbardziej energicznych ekip. Gdy tylko tancerze pojawili się na sali, ryknęła mocna muzyka, do którego zaraz dołączył równie ognisty taniec. Dźwięk i ruch narastały, elektryzując publiczność, i narastały, narastały…
Aż w szczytowym momencie wszystko ustało. Muzyka ucichła, tancerze zastygli, sala pogrążyła się w półmroku.
Trwało to ułamek sekundy. Zaraz po tym rozległ się znajomy świszczący oddech…
 A nagle przez salę przetoczył się równie podekscytowany dziecięcy okrzyk:
- Lord Vader!

Cała widownie ryknęła śmiechem. Ja także. Ale nie był to tylko wyraz rozbawienia, lecz także radości i dumy. Radości, że ukochana saga wciąż potrafi budzić emocje w kolejnych pokoleniach. Dumy – z dziecka, które w tym jednym momencie stało się symbolicznym potomkiem każdego starszego fana Gwiezdnych Wojen.


środa, 23 marca 2016

"Pójdźcie za mną"

W tym tygodniu wcześniej, co by potem nikomu głowy w Święta nie zawracać. A z okazji tychże świąt przypomniała mi się pewna sytuacja z wycieczki tak na przełomie gimnazjum i liceum. Jak to zwykle na takich wycieczkach bywa, dużo zwiedzaliśmy, i to w szczególności zabytków sakralnych. Wśród nich znalazł się i jakaś barokowa świątynia, ociekająca przepychem i złotem. Po zwyczajowej wspólnej modlitwie na wejściu dostaliśmy chwilę by indywidualnie zajrzeć do wszystkich naw. Ja na ten spacer wybrałam się wtedy z Dysią. Chodziłyśmy od ołtarza do ołtarza, krokiem powolnym i dostojnym, patrząc na wszystko z umiarkowanym zainteresowaniem.
Naszą uwagę przykuł dopiero obraz Zmartwychwstałego Chrystusa – jeden z tych, gdzie Zbawiciel wśród blasku i chwały wstępuje do nieba, w ledwo tylko zarzuconym na jedno ramię purpurowym płótnie.
- Tu gdzieś w pobliżu był żeński zakon, prawda? – spytała nagle Dysia.
Przytaknęłam głową, nie spuszczając wzroku z obrazu.
- I chyba właśnie ten Jezus zakonnicom się objawiał – dodałam po chwili.
Tym razem Dysia skinęła potakująco.
- Taka klata… - westchnęła. - Jeśli Jezus naprawdę był taki przystojny, to sama zostałabym taką zakonnicą.
Nie mogłam się z nią nie zgodzić.
Mam nadzieję, że Jezus wybaczył nam to. Bo choć zachwycił nas tak nie jeden obraz, naprawdę wierzymy w chrystusowe nauki. Z czystymi sercami możemy więc życzyć wszystkim wesołego Alleluja!

niedziela, 20 marca 2016

Kino dla opornych

Trudno w to uwierzyć, ale nawet dziś chodzą po świecie ludzie, którzy nie wiedzą, jak należy zachowywać się w kinie. Trudno powiedzieć, czy dlatego, że przez stosunkowo młody wiek sztuki filmowej jeszcze nie zdążyli przyswoić sobie wszystkich zasad, czy może przez możliwość oglądania filmów w sieci bez wychodzenia z domu już zapomnieli jak działa kino. Jakikolwiek by to jednak nie był powód, jego efekty skłaniają mnie do rzucenia kilkoma wskazówkami co do bytności w sali kinowej.

1.   Pamiętaj, że nie jesteś w sali sam. Wydaje się to oczywiste, ale wbrew pozorom zapomina o tym aż za wielu kinomanów. Warto więc zapamiętać ten fakt, także dlatego, że dalsza część listy opiera się na tym jednym stwierdzeniu.
2.   Nie kop fotela przed sobą. Ty ledwo zauważasz, że poruszasz nogą, ale osoba przed Tobą dostaje szewskiej pasji.
3.   Nie układaj włosów tak, że Twoja głowa wydaje się dwa razy większa. Kinowe fotele mają takie rozmiary, że czubek głowy przeciętnego obywatela lekko wystaje ponad oparciem. Dodaj do tego kolejnych kilka centymetrów koka lub postawionych na żel włosów, a gwarantuję, że osoba siedząca za Tobą będzie miała zasłoniętą przynajmniej jedną czwartą ekranu.
4.   Nie kręć głową co piętnaście sekund. Szczególnie ważne na filmach z napisami – Ty co chwilę przechylasz głowę z lewa na prawa, a osoba z tyłu wygina się razem Tobą, walcząc o możliwość czytania kwestii bohaterów.
5.   Nie wyciągaj telefonu podczas seansu. Nawet przy najbardziej wyciemnionym ekranie, to naprawdę widać. W promieniu kilkunastu siedzeń widoczna jest łuna niczym wzywający Batmana reflektor. Jeśli więc nie jest to coś równie ważnego jak sprawy Batmana, nie wyjmuj telefonu.
6.   Jeśli masz przekąski w szeleszczących opakowaniach, otwórz jeszcze przed rozpoczęciem filmu. Nie ma nic bardziej frustrującego, niż poreklamowa cisza, w której pomału wykluwa się film, zakłócona trzaskaniem opakowań. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie otwieranie jedzenia jeszcze w trakcie reklam.
7.   Nie rozmawiaj przez cały seans. Wszyscy lubimy od czasu do czasu rzucić jakimś naprawdę ważnym spostrzeżeniem w trakcie filmu. Ale jednak czy dwie uwagi to nie gadanie przez cały seans – nieustający szmer czy, o zgrozo, niekontrolowany wybuch śmiechu już nie raz zabiły najbardziej wzruszające czy przerażające sceny w historii kina.

Cała ta lista brzmi absurdalnie, prawda? W końcu to same powszechnie wiadome prawdy! W ich powszechność i znajomość zwątpiłam kilka dni temu, gdy zdarzyło mi się siedzieć w sąsiedztwie kinomana, który złamał praktycznie wszystkie z powyższych prawd. Jednak zdecydowałam się napisać tę listę gdy zdałam sobie sprawę, że sama bezmyślnie nie raz robiłam to samo.

Tak że zachęcam do refleksji nad zachowaniem w miejscach publicznych ogólnie – by uczyć się jeszcze przed popełnieniem błędów.

niedziela, 13 marca 2016

Typowi spóźnialscy

Jednym z uroków studiowania jest to, że zajęcia trwają aż półtorej godziny. Z takim zapasem czasu nikt z przybyciem się nie spieszy – który z profesorów w ferworze działania zauważy, czy ktoś rzeczywiście przekroczył ten przysłowiowy kwadrans studencki czy też nie. W mojej grupie więc właściwie wszystkim zdarzają się co jakiś czas takie niewinne spóźnienia. Niby nic, jednak do przyjrzenia się temu zjawisku i zanalizowania go skłoniła mnie jedna z osób, która spóźnia się w dość ciekawy sposób.
Wchodzi cicho jak kot. Nie mówi nic – symboliczne przeprosiny przesyła wykładowcy samym ruchem warg. Przechodzi przez salę pewnie i z gracją, nie przejmując się stukaniem obcasów. Udaje, że nie słyszy swoich kroków. W ogóle całą swoją postawą próbuje przekonać, że wszystko jest tak, jak być powinno. Idąc unosi wysoko głowę i strzela naokoło wyzywającym spojrzeniem. „Tak, spóźniłam się – ale co z tego?” zdaje się mówić. Jest zdecydowanie ponad to.
To tak zwany typ zimnej wyniosłości. Zupełnie inny niż kolejny, mniej rzucający się w oczy, ale zdecydowanie bardziej popularny. To skrytobójca. Jego przybyciu nie towarzyszy absolutnie żaden dźwięk. Studenci, z racji tego gdzie siedzą, zauważają go niemal od razu. Wykładowca jednak, nie zaalarmowany żadnym hałasem, albo pozostaje nieświadomy, albo dostrzega tylko kątem oka jakiś przemykający przez salę cień. Nawet jeśli odwróci się, by zgromić wzrokiem spóźnialskiego, sam jest spóźniony – skrytobójca bowiem siedzi już w ławce i bazgra bezwiednie w zeszycie, jakby był obecny od samego początku wykładu.
Pochodnym typem od skrytobójcy jest niezdara. Niezdara także chce wślizgnąć się na zajęcia niezauważonym, jednak nigdy mu się to nie udaje. Już wchodząc do sali zaczepia kurtką o klamkę. Przez długi czas szarpie się z drzwiami, którymi potem trzaska. Mrucząc przeprosiny przemierza salę skupiony na poprawianiu niepokornej kurtki, więc po drodze potyka się na stopniach. Gdy w końcu dociera do pierwszego wolnego miejsca, z nerwów zapomina o planie zachowania ciszy, na dokładkę więc szurnie krzesłem i zatrzeszczy rozkładanym pulpitem. Na pełne wyrzutu spojrzenie wykładowcy może tylko powiedzieć, że naprawdę starał się wejść po cichu.
Jednak zdarzają się też tacy, którzy podobne chwile uwagi lubią wykorzystać na ekspresowy stand-up. Kabareciarz wpada więc na salę z impetem, najlepiej zziajany. Przerywa wykład wykrzykując powitanie, przeprosiny i zapewnienie, że to spóźnienie to nie z jego winy, to przez wyjątkową sytuację. Po tym wstępie przechodząc obok katedry zwalnia nieco kroku i wbija w profesora intensywne spojrzenie, błagające, by ten spytał o ową wyjątkową sytuację. Czasem wykładowcy łapią się na to, czasem nie, jednak kabareciarz i tak się odezwie – po coś w końcu ułożył tę kuriozalną historię o pijanych napastnikach terroryzujących tramwaj.

Wszystko to jednak nic w porównaniu z odwiecznym. Odwieczny spóźniał się od zawsze, więc będzie się spóźniał do skończenia świata. To fakt. Tak oczywisty, że nikt już się temu nie dziwi. Jego spóźnieniami nie przejmują się już ani wykładowcy, ani nawet on sam. Po zajęciach nie prosi nawet o odhaczenie go na liście obecności – dobrze wie, że profesor wpisał mu spóźnienie jeszcze przed jego przybyciem.

sobota, 5 marca 2016

Nie marnujmy włosów!


Kilka dni temu po powrocie do domu zastałam na biurku jakąś tajemniczą kopertę – jak się okazało, od fundacji Rak’n’Roll z podziękowaniami za wzięcie udziału w akcji „Daj włos!”. Zrobiło mi się bardzo miło… i jednocześnie przypomniało mi się, że chciałam tu o tej akcji wspomnieć.
Tak więc wspominam.
Ja znalazłam tę akcję przypadkiem, gdy postanowiłam ściąć włosy z okazji Nowego Roku (nowy rok – nowe włosy – nowa ja, i takie tam). W pierwszym egoistycznym odruchu planowałam ścięte pasma sprzedać, jednak koleżanka podrzuciła mi hasło oddania włosów na cele charytatywne. Jej pomysł wydał mi się o wiele lepszy – tym bardziej, że ścięcie włosów miało symbolizować zmianę na lepsze.
„Daj włos!” było pierwszym, co wyskoczyło mi w wyszukiwarce. Jak już pisałam, jest to akcja organizowana przez fundację Rak’n’Roll i polega na oddaniu włosów, które zostaną przeznaczone na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii. Jak to wszystko dokładnie działa, najlepiej sprawdzić na oficjalnej stronie – TU.

Podobnych przedsięwzięć jest naprawdę sporo – wystarczy rozejrzeć się w sieci. A zainteresować się tym warto – w końcu tak zmiana fryzury uszczęśliwi już nie tylko jedną osobę.

niedziela, 7 lutego 2016

Deadpool, please stahp

To było jeszcze przed końcem sesji. Ba, właściwie w samym jej środku – niby większość przedmiotów zaliczona, ale wszystkie najgorsze egzaminy wciąż majaczą przede mną. Po powrocie do domu więc musiałam odrzucić gazetę na łóżko i okopać się przy biurku zawalonym notatkami…
Wszystko szło dobrze, dopóki po pół godzinie nauki nie musiałam zrobić sobie przerwy na pełne boleści westchnienie i wzniesienie oczu do sufitu. Właśnie w drodze od notatek do sufitu wzrok mój przystanął na okładce leżącej na łóżku gazety – Deadpool, obrócony z gracją, jedną ręką łapiąc się za pośladek, drugą niedwuznacznie unosząc do ust, łypał na mnie ponętnie właśnie z tej okładki. Nie mogłam nie odpowiedzieć na to uśmiechem,  i zaraz wróciłam do swoich notatek.
Jednak po przeczytaniu zaledwie kilku wersów mój wzrok bezwiednie znów spojrzał ponad kartką – Deadpool wciąż tam był i wciąż na mnie patrzył.
Nie, nie rzucę nauki w cholerę obiecałam sobie znów wracając do notatek. Czytałam dzielnie, jednak wciąż i wciąż ten sam akapit – czując na sobie spojrzenie z okładki nie potrafiłam skupić myśli.
Mogłam wstać i obrócić gazetę okładką do dołu. Nie, nie mogłam. Po pierwsze dlatego, że znalezienie wygodnej pozycji na krześle zajęło mi naprawdę sporo czasu, a z tego miejsca nie byłam wstanie dosięgnąć do łóżka. Po drugie, i co ważniejsze, nie mogłam dać się sprowokować Deadpoolowi. Nie dam mu tej satysfakcji, niech patrzy ile chce i jak chce, mnie nie złamie!
W pewnym momencie jednak się złamałam. Nie, nie wstałam z krzesła – rzuciłam notatki na blat, skrzyżowałam ręce na piersi i odpowiedziałam na wyzwanie najbardziej obojętnym spojrzeniem, na jakie było mnie stać.
Walka była długa i zażarta. Nie wiem, czym by się to skończyło (nie wykluczam rękoczynów, w końcu ile można wytrzymać zwiniętej na krześle), gdyby drzwi mojego pokoju nagle się nie uchyliły i przez szparę nie wślizgnęłaby się Kota…
Koty mają taki głupi zwyczaj, że jak tylko gdzieś leży książka/zeszyt/gazeta/kartka/itp. natychmiast muszą na tym usiąść. Tak więc Kota, w odpowiedzi na ten zew, momentalnie wskoczyła na łózko i spojrzała na czasopismo, gotowa na nim usiąść.
Mając w końcu neutralny pretekst, momentalnie zerwałam się z krzesła.
- A-a-a, kiciu, nie wolno siadać na papierze – zaćwierkałam, dosłownie wyrywając jej gazetę spod łap. Ciesząc się z zesłanej przez los okazji, przeszłam tanecznym krokiem przez pokój i odłożyłam pismo na regał. Tym razem, przezornie, okładką do dołu.
- Ty, mój drogi, musisz zaczekać do premiery – rzuciłam jeszcze do Deadpoola na odchodnym.

Kota nie wydała się zmartwiona brakiem gazety. Zamiast tego zwinęła się w kłębek na porzuconym opodal swetrze, o wiele wygodniejszym niż papier. Ja za to wróciłam do nauki, niczym już nie rozpraszana, i, co ważniejsze, z jednym wygranym pojedynkiem z Deadpoolem na koncie.

PS Dla tych, którzy nie kojarzą plakatów Deadpoola, niech obczają ten TU - ten właśnie obserwował mnie z okładki Nowej Fantastyki. Lubię go, aczkolwiek dla mnie najlepszy jest TEN.

sobota, 30 stycznia 2016

Krople do nosa

Nie ma lepszego momentu na chorowanie, jak tuż przed sesją. Zajęcia jeszcze się nie skończyły, a zdarzają się już też egzaminy czy zaliczenia. Cokolwiek by się jednak nie działo, zdecydowanie nie można sobie pozwolić nawet na dzień wolnego.
Musiałam więc radzić sobie inaczej. O nie, nie dam się ani sesji, ani chorobie przed sesją. Przed pierwszym poniedziałkowym wykładem wpadłam do lekarza, potem zahaczyłam o aptekę, żeby zrealizować jeszcze ciepłą receptę.
Gdy dotarłam do uniwersytetu, miałam na koncie kwadrans spóźnienia. Nie za dużo, nie za mało, w sam raz, by zdążyć zaaplikować dawkę dopiero co nabytych kropli do nosa.
Właściwie już od samego początku czułam, że będzie z nimi problem. Głównie dlatego, że jestem beznadziejna w zakrapianiu czegokolwiek, nawet nosa czy uszu, bo o oczach już nawet nie będę wspominać. Gdy więc stanęłam już przed lustrem w najbliższej łazience, wyjęłam pudełeczko z niejakim niepokojem.
Nazwy nie pamiętam, bo, jak to z lekami bywa, nawet nie potrafiłam jej przeczytać. W oczy jednak rzuciło mi się wielkimi literami „do oczu i uszu”.
Szczęście w nieszczęściu. Nieszczęściu, bo aplikować można je wszędzie, tylko nie do nosa, a do nosa właśnie miałam ich użyć. Szczęście, bo skoro przeznaczono je do oczu, to pewnie nie będą za gęste i łatwiej będzie w ogóle wydobyć je z buteleczki.
Szczęście jednak też okazało się nieszczęściem – wodniste krople wleciały mi do nosa w takiej ilości, jakbym wzięła głęboki wdech z głową zanurzoną w basenie. Zakrztusiłam się, oczy zaszły mi łzami, zaczęłam kaszleć, pociągać nosem, kląć. Stałam pochylona nad umywalką, z dłonią przyciśniętą do nosa, ciesząc się, że nie miałam świadków tej dziwnej sceny.
Wtedy jak grzmot przez łazienkę przelał się huk spuszczanej wody. Zaraz z jednej z kabin niepewnie wyszła jakaś studentka, jednocześnie wystraszona i rozbawiona moimi szaleństwami. W jej spojrzeniu krył się jakiś błysk, jakby chciała spytać co takiego ciekawe wciągam... Oczy jednak wciąż miałam załzawione, więc możliwe, że tylko mi się to przywidziało. Nie miałam ochoty się co do tego upewniać, więc zaraz wybiegłam na korytarz.

Po raz pierwszy ucieszyłam się, że życie na studiach nie jest tak kameralne jak w liceum – istniało olbrzymie prawdopodobieństwo, że już nigdy tej studentki nie spotkam.

sobota, 12 grudnia 2015

Ferie - na pewno czas wolny?


Mniej więcej 6 grudnia zaczynają się już poważne i regularne myśli o nadchodzących świętach. Planowanie potraw i porządków, co się komu kupi na prezent, co samemu chciałoby się znaleźć pod choinką… W natłoku codziennych zadań świta jeszcze jedna myśl – o przerwie świątecznej. Od razu łatwiej idzie praca, gdy ma się w perspektywie nadchodzący czas wolności...
Ale potem idzie się na wykład (albo do szkoły – w tym wypadku, niestety, obowiązuje dowolność). Gdy przychodzi co do czego i trzeba ustalić jaki materiał mamy przerobić na następne zajęcia, zaczyna się stała gadka:
Na razie skupimy się jeszcze na opowiadaniach Mrożka. Na ostatnich zajęciach przed świętami zrobimy Emigrantów, żeby też jakiegoś dramatu liznąć… Właśnie, w tym semestrze chciałem jeszcze Lalkę omówić… Dobrze, to umówmy się, że Lalkę zaczniemy na pierwszych zajęciach w styczniu, żeby mieli państwo dość czasu na przeczytanie.
Tak, jasne, nie ma sprawy. Marzyłam o tym, żeby całą przerwę świąteczną martwić się czy zdążę przeczytać taką kobyłę. Żaden inny wykładowca też wcale nie pomyślał o tym samym i nie zadał nam czegoś, co akurat damy radę w tym czasie ogarnąć.
Nie znoszę czegoś takiego. I dam głowę, że nie tylko ja. Dla mnie okres świąteczny to czas, kiedy w końcu mogę w spokoju poobcować z bliskimi – najbliższą rodziną, krewnymi, przyjaciółmi, zwłaszcza tymi, którzy studiują w innych miastach. Chciałabym sięgnąć po książkę, którą mam ochotę przeczytać, a nie za której nieznajomość mogę dostać dwóję. Chciałabym obejrzeć film, który po prostu mnie ciekawi, a nie dlatego, że będzie kolokwium z jego analizy. Chciałabym zwyczajnie się zrelaksować, sama bądź w towarzystwie, nie myśląc o tym, co jeszcze koniecznie dziś muszę zrobić.

Jakiś czas temu wspominałam już o dziwnej potrzebie dobrowolnego zamęczania się pracą. Nie mam pojęcia, czy to wina obecnego w Polsce systemu, czy to ogólnoświatowa tendencja. Jakkolwiek by jednak nie było, mierzi mnie takie nastawienie. Nie marzy mi się leżenie do góry brzuchem od rana do wieczora, jednak chciałabym mieć też trochę czasu wolnego, żeby robić nie tylko to, co muszę, ale także to, co chcę. Działać na własnych warunkach, we własnym tempie, dla czystej przyjemności. W końcu nie samą pracą żyje człowiek. Inaczej czym różnił by się od wołu?

niedziela, 25 października 2015

O tańcu i treningach


Co w treningach lubię najbardziej?
Pomijając fakt, że ogólnie lubię treningi (inaczej bym nie tańczyła), zdecydowanie najprzyjemniejszy jest sam początek. Moment, kiedy na rozgrzanie mamy kilkanaście razy obiec salę.

Tak więc biegniemy – nieśpiesznie, truchcikiem, ale krew i tak zaczyna płynąć szybciej. Gdzieś między drugim a trzecim okrążeniem z głośników uderza w nas muzyka. Głośna jak na koncercie, wibrująca w nieprzygotowanych na to żebrach i bębenkach. Wtedy wiele rzeczy dzieje się jednocześnie – trucht zamienia się w bieg, serce przyśpiesza, w żyłach zaczyna krążyć adrenalina. Trudno powiedzieć która z tych rzeczy poprzedza czy powoduje inne. Czuć tylko buzującą w ciele energię, którą już, teraz, natychmiast chce się rozładować ruchem. W tym jednym momencie świadomość rwącego się do tańca ciała jest nawet przyjemniejsza niż sam taniec. Taka rozgrzewka do muzyki jest obietnicą spełnienia, które ma już zaraz nastąpić – a cóż jest w życiu piękniejszego właśnie od spełnienia?

niedziela, 18 października 2015

Artysta romantyczny


Na hasło artysta w mojej głowie rodzi się tylko jedno, trochę romantyczne skojarzenie…
Artysta to człowiek zamknięty we własnym świecie, którego granice wyznacza światło świecy. Siedzi skulony, rozkojarzony i nieswój. Czeka, aż w najmniej spodziewanym momencie zjawi się jego prawdziwa kochanka - Muza. Gdy to się stanie, nie liczą się obowiązki, głód ani czas – wzniecony przez Muzę żar karze mu tworzyć, póki nie skończy, lub póki ten szał nie wykończy jego.
Wychowałam się właśnie na takim micie. I nie ukrywam, że taki obraz artysty bardzo mi się podoba. Obcując ze sztuką w każdej formie lubię czasem wyobrażać sobie, że tworzył ją właśnie ktoś taki– trochę uduchowiony, trochę nawiedzony, a na pewno unoszący się ponad tę rzeczywistość.
Niestety, po blisko dwudziestu latach skończyło się to fantazjowanie. Mój romantyczny sen skończył się wraz z informacją, że współcześni kompozytorzy z wyższych sfer. nie wierzą już w szepty Muzy. Ich kompozycje są owocami trzeźwej myśli i oprogramowania. Zero oświeceń i napadów szaleństwa.
Na szczęście ta wieść tyczy się tylko kompozytorów. Nie mam pojęcia, jak wygląda praca artystów z innych dziedzin sztuki. Może jeszcze nie przeszli na współczesny tryb racjonalności?

Na wszelki wypadek ja sama, choć do miana artysty jeszcze mi daleko, staram się czasem tak poszaleć. Nawet posty na bloga o wiele lepiej pisze się w środku nocy przy blasku świecy. Poza tym, należy kultywować tradycje – nikt w końcu nie chce, by jego dzieci wychowywały się w świecie, w którym mit romantycznego artysty rzeczywiście jest tylko mitem.

sobota, 10 października 2015

Moralność gołębi


Wiosna to pora, kiedy miłość rośnie wokół nas. Pszczółki zapylają, zwierzątka się ganiają, zakochane pary wyskakują na ulicach jak grzyby po deszczu.
Nic jednak nie pobije tego, z czym od jakiego czasu stykam siępo powrocie do domu.
Któregoś dnia usiadłam po południu za biurkiem, by użerać się z analizą fugi. Praca była bardzo frustrująca, więc po jakimś czasie musiałam westchnąć głęboko i podnieść zmęczony wzrok na widok za oknem...
Prosto na parzącą się na dachu sąsiedniego bloku parę gołębi.
Szok. I coś na kształt zazdrości, bo bawiły się zdecydowanie lepiej niż ja w tamtym momencie. Zresztą, nie tylko wtedy – w następnych dniach także urządzały sobie takie schadzki, akurat, gdy musiałam pracować za biurkiem. Była jednak wiosna, musiałam więc wybaczyć im tę złośliwość.
W wakacje sprawa miała się nieco inaczej. Nie siadałam wtedy za biurkiem w celach służbowych, więc widok dobrze bawiącej się pary nie budził we mnie negatywnych emocji. Czułam jednak niepokój – w końcu to już nie była wiosna, ale połowa lata...
A niedawno zaczął się październik. Po długiej przerwie znów usiadłam za biurkiem, tym razem do analizy sonaty, a gdy przy przetworzeniu musiał już podnieść rozżalony wzrok...
Znowu zobaczyłam te gołębie.
Podobno po osiągnięciu dojrzałości płciowej gołębie wdrażają się w niekończący się aż do śmierci okres godowy. Jednak to, co dzieje się za moim oknem, to nie szlachetne przedłużanie gatunku, to już bezwstydna rozpusta – a gołąb gołębiem, ale też powinien się szanować!

piątek, 2 października 2015

Mikroklimaty są wśród nas


W ciągu pięciu lat uczęszczania na geografię sporo czasu poświęciłam na zgłębianie tematu klimatów. Do dziś pamiętam mapę Ziemi podzieloną na poziomie kolorowe pasy. O strefach klimatycznych mówiliśmy dużo, zapamiętałam nawet, że Polska leży w strefie klimatów umiarkowanych.
Wspomniano też o mikroklimatach, posypało się nawet kilka przykładów, ale nikt nie zwrócił większej uwagi.
A to był błąd. Bo mikroklimaty są wszędzie.
Na przykład w naszej sali klawesynowej. Jest to pomieszczenie w najdalszym rogu szkoły, schowane przed wzrokiem uczniów i promieniami słońca. Bez względu na porę roku zawsze jest tam zimno jak w kostnicy, a przez nawilżacz tak jak i tam wilgotno. Zimą możemy próbować przegnać ziąb kaloryferami. Jednak gdy ogrzewanie wyłącza się z nastaniem wiosny... otwieramy okna licząc, że z parku wleci trochę nagrzanego słońcem powietrza.
Podobny, choć bardziej surowy klimat panuje na parterze mojego wydziału. Głównym powodem powstania mikroklimatu była bezmyślność architekta, który prosto z wiatrołapu poprowadził na wprost główny korytarz. Przy źle zsynchronizowanych automatycznych drzwiach oraz niekończącym się potoku wchodzących i wychodzących studentów wiatrołap jest bezsilny, wiatru nie łapie, tylko wprowadza go w głąb budynku. Przez to na głównym korytarzu nieustannie hula wiatr, szczególnie dokuczliwy mroźną zimą.
Największą zagadką jest jednak klimat wewnątrz niedokończonego kościoła na moim osiedlu. Przeważnie jest tak, że jeśli kościół jest stary, jest w nim zawsze zimno, a jeśli jest nowy, nie ma specjalnych zmian klimatycznych. W naszym kościele dzieje się coś dziwnego – o ile zimą wewnątrz jest zawsze kilka stopni chłodniej niż na zewnątrz, o tyle latem panuje tam dużo większy zaduch. Jaka jest przyczyna tej niekonsekwencji? Nie mam pojęcia. Nagie mury bywają nieprzewidywalne i złośliwe.
Mikroklimaty zresztą też.

sobota, 26 września 2015

O kulcie niewolnictwa i teatrze długich spojrzeń, czyli pofestiwalowe refleksje


Po festiwalach filmowych ludzie mają zwyczaj pisać o filmach. Oczywiście jest to uzasadnione, ale nie widzę sensu w powielaniu tego trendu, skoro dzieje się tam jeszcze wiele innych rzeczy, o których warto by napisać.
Na przykład o szerzeniu się kultu niewolnictwa wśród wolontariuszy, o czym przekonałam się z autopsji. W fazie przygotować większość wolontariuszy zaprzęga się do zadań przypominających taśmociąg w fabryce, jak masowe składanie pakietów powitalnych dla gości. W samej takiej pracy, choć czasochłonna i nużąca, nie ma nic złego ani wyjątkowego – najciekawsze jest to, co dzieje się w tym czasie z wolontariuszami...
Po kilku godzinach sumiennej pracy koordynator zarządza zasłużoną przerwę. Na taśmociągu konsternacja – dać odpocząć zmęczonym kończynom i tym samym wypaść z rytmu czy ciągnąć to do końca, dopóki tak ładnie wszystkim idzie? Część decyduje się przerwać, część zostaje na stanowiskach. Produkcja pakietów działa więc dalej, choć, z tego co słychać, uszczuplony skład daje się we znaki:
                  -   Ej, gdzie się podział ten od ulotek?
                  -   Powiedział, że jest głodny i poszedł coś zjeść.
                  -   Jakby tylko on tu był głodny...
                  -   No tak, ale on jednak ma za sobą te cztery godziny.
                  -   Cztery godziny?! Ja tu działam od rana, i jakoś nie narzekam.
Mnie, jako jednej z odpoczywających, na moment zrobiło się aż głupio, że jak ostatni słabiak zdecydowałam się skorzystać z przerwy. Zjeść kanapki w ogóle się nie odważyłam.
Kiedyś spotkałam się z twierdzeniem, że Polacy to Chińczycy Europy. Wtedy myślałam, że to aluzja do niskich pensji. Teraz jednak wydaje mi się, że chodziło pracę w niemal niewolniczym trybie, bez chwili wytchnienia. A właściwie nie samą taką pracę, ale silną jej potrzebę – w końcu brak skrajnego wycieńczenia to brak jednego powodu narzekań i pławienia się w swoim nieszczęściu. A to, jak wiadomo, nasz sport narodowy.
Innym ciekawym zjawiskiem jest odbywająca się na terenie całego festiwalu gra długich podejrzliwych spojrzeń. Sprowadza się ona do wypatrywania w tłumie znanych osobistości, które pojawiają się to tu, to tam w trakcie całej imprezy. Do tej pory nikt jeszcze nie wpadł na pomysł zaopatrzenia ich w specjalne plakietki czy czapki z chorągiewką, tak więc wypatrzenie takiej znanej osobistości nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Z tego powodu każdy gracz, przechodząc z kina do kina, wydaje się podejrzanie zainteresowany otoczeniem – rozgląda się, jakby kogoś szukał, albo na kogoś czekał, a gdy zatrzymuje wzrok na jakimś przechodniu odrobinę za długo, w jego oczach można dostrzec to pytanie: „czy to nie ten z tamtego filmu?”.
Przeważnie odpowiedź brzmi „nie”. Ale to nic, wystarczy jakby nigdy nic wrócić do pozorowania naturalnej obserwacji otoczenia.
Jeśli jednak odpowiedź brzmi „tak”... To wtedy też nic. Jedyna różnica jest taka, że po powrocie do domu można triumfalnie krzyknąć: „ty, słuchaj, spotkałem tego z tamtego filmu!”.

piątek, 21 sierpnia 2015

Bibliofil w bibliotece

Bibliofil w bibliotece – brzmi niegroźnie. Nic bardziej mylnego! Prawdziwy mol książkowy wie, że wizyta w bibliotece może być ciężkim przeżyciem. I to dosłownie. Wiem z doświadczenia.
Wypad taki planuję już dzień wcześniej. Muszę dokładnie wiedzieć z czym i kiedy mam odwiedzić bibliotekę. Potrzebuję też czasu, żeby przygotować się na to psychicznie.
Dni wizyt w bibliotece są bardzo męczące. Głównie dlatego, że do biblioteki trafiam zwykle pod wieczór, co oznacza, że przez cały dzień biegam z dodatkowym balastem w postaci książek do oddania. Kiedy więc w końcu obładowana doczłapię się do biblioteki, dziękuję Bogu za cud, że i tym razem nie pękł mi kręgosłup.
Z trudem ignorując kuszący labirynt regałów, szybko – na tyle szybko, na ile pozwala ciężka torba – podchodzę do stanowiska bibliotekarzy i przekazuję im przeczytane książki. Do tego momentu wszystko jest w porządku. Kiedy jednak ruszam w stronę wyjścia...
Labirynt regałów wzywa.
Tylko przejdę tamtędy. Zerknę, co ciekawego stoi na półkach, co ewentualnie w przyszłości można by wypożyczyć...
Moc labiryntu jest niezbadana. Czasem wchłonie mnie na kwadrans, czasem na godzinę. Niezmiennie jednak wychodzę z niego ze znów wypchaną torbą. Klnę na własną zachłanność – na brak zajęć nie narzekam, a i mam co czytać w nielicznych wolnych chwilach, więc na co kolejne książki?! Głupota i chciwość. Ciągnę jednak tę torbę ze sobą do domu, obiecując sobie, że to już ostatni raz.

I tak jest zawsze. Za każdym ostatnim razem.

piątek, 10 lipca 2015

Rytuał kreślenia

Ja wiem, że to już są wakacje. Ale muszę jakoś rozliczyć się z tym doświadczeniem sesji, a najlepiej to właśnie tak twórczo.

Z długopisami tak już jest, że rzadko kiedy można je wypisać. Najczęstszą przyczyną końca współpracy z długopisem jest zgubienie owego narzędzia. Drugą z kolei jest pożyczenie długopisu, które przez zapominalstwo obu stron niemal zawsze okazuje się bezterminowe. Widać więc, że nawet w czymś tak błahym objawia się nieskończony krąg życia – ktoś gubi długopis, pożycza i nigdy nie oddaje; następnie osoba, która ofiarowała komuś swój długopis, zapomina o tym, pożycza od innej osoby i nigdy nie oddaje... I tak w kółko.
Bywa jednak tak, że siły rządzące Wszechświatem zsyłają łaskę wypisania długopisu. Jednak i wtedy coś jest nie tak. W najmniej odpowiednim momencie, i to zdecydowanie za wcześnie, kolor tuszu z każdą naskrobaną literą staje się coraz bledszy, aż po przerzuceniu kartki już nigdy nie udaje się zapisać następnej strony...
Przez zaślepiającą rozpacz i panikę (wykład w pełni, a tu nie ma czym notować!) przebija się tylko jedna myśl – DLACZEGO? W końcu mam ten długopis od niedawna, co ja zdążyłam nim napisać? Trochę notatek, może trzy sprawdziany...
Cofam się myślami do tych sprawdzianów. I wtedy wszystko staje się jasne.
Każdy kojarzy ten moment, kiedy czas na egzaminie się kończy, a na kartce nie ma jeszcze połowy odpowiedzi. Słowa wtedy pojawiają się na papierze szybciej niż w głowie - najpierw piszę, potem myślę. I dokładnie w momencie, gdy stawiam kropkę na końcu zdania, dociera do mnie, że to co napisałam jest kompletnie bez sensu. Jednym machnięciem przekreślam całe zdanie i zabieram się za następne. Wtedy myślę, że to co skreśliłam nie tylko jest bezsensowne, ale i kompletnie głupie. Cofam się więc do tego zdania, bo niby skreślone się nie liczy, ale co wykładowca o mnie pomyśli, jak zobaczy taką głupotę. Z czystym sumieniem wyzerowałby całą pracę, jak nic! Skreślam więc jeszcze raz. I kolejny. Dla pewności jeszcze trzeci, w najbardziej zamaszysty sposób. A tę cholerę dalej widać, i przy odrobinie wysiłku da się odczytać. Już wiem, że nie da się tego skutecznie zamazać w taki sposób, żeby wyglądało to na spontaniczne skreślenie. Nie ma więc innego wyjścia, jak tylko zamalować to z precyzją godną wypełniania kolorowanek. Co z tego, że tracę czas na dopisanie odpowiedzi do końca – brak głupich informacji jest równie ważny, co wpisanie tych poprawnych.

piątek, 3 lipca 2015

Prawda o pierwiastkach

 Z okazji podania wyników matur (w tym wyników moich bliskich, z których jestem dumna), cofnę się do czasów, kiedy matura była głównym tematem moich rozmyślań. Wtedy właśnie, gdy matematyka była jeszcze na porządku dziennym, po przerobieniu milionów testów zauważyłam niezwykłe zjawisko, nazwane przeze mnie pierwiastkami prawdopodobnymi i nieprawdopodobnymi.
Brzmi to niezbyt wiarygodnie. Jednak założę się, że każdy licealista mniej lub bardziej świadomie zetknął się z tym zjawiskiem.
Pierwiastki te najczęściej występują w wynikach otrzymywanych w zadaniach otwartych w arkuszach maturalnych, przeważnie w których pojawiała się funkcja kwadratowa. Zbiór tych pierwiastków nie jest jednoznacznie określony. Mówiąc najprościej – pierwiastki prawdopodobne to takie, których obecność w ostatecznym wyniku nie wzbudza żadnych podejrzeń, z kolei pierwiastki nieprawdopodobne to takie, których obecność w ostatecznym wyniku wzbudza podejrzenie i skłania to przeanalizowanie obliczeń lub nawet wykonania ich od nowa.
Przykładem pierwiastka prawdopodobnego mogą być 2√5 – liczba nieduża, często pojawiająca się w wynikach, już na pierwszy rzut oka nie dająca się bardziej skrócić, przez co wydaje się jeszcze bardziej wiarygodna i odpowiednia. Przykładem pierwiastka nieprawdopodobnego może być 13√171 – liczba jakoś podejrzanie długa jak na coś ostatecznego, wybitnie prosi się o skrócenie, choć nijak nie da się tego zrobić, wygląda bardzo nienaturalnie i nieestetycznie, skłania do ponownego przemyślenia zadania.
Oczywiście, rozróżnienie tych dwóch kategorii jest subiektywne, więc dla niektórych przykłady te mogą wydawać się nieadekwatne. Jedno jednak jest pewne – są sytuacje, w których nieracjonalny niepokój każe nam wykonywać to sama zadanie po setki razy, na setki różnych sposobów, nawet jeśli przy trzech pierwszych podejściach wyszedł taki sam, z pozoru nieprawdopodobny wynik.

środa, 17 czerwca 2015

Co przeraża blogera?





 Przez kilka ciekawych zdarzeń, które mnie niedawno spotkały, temat blogów, blogowania i w ogóle internetowej działalności jakoś ciągle był na tapecie. To głównie przez to zmobilizowałam się do odkopania własnej stronki. Prócz jednak samego blogowania, po raz pierwszy tak naprawdę zaczęłam zastanawiać się nad samą teorią tej czynności. Jakby nie patrzeć, to medium też już wykształciło pewne swoje tworzywo. Są pewne prawidła co bloger powinien robić, a czego jak ognia unikać. Innowacje bloga wprowadzałam właśnie przez pryzmat tych wskazówek.
Najbardziej rewolucyjne było ustanowienie częstotliwości pisania postów. Pierwotnie miał się pojawiać jeden tygodniowo. Kiedy jednak pomysły się mnożyły, zdecydowałam się publikować jeszcze częściej. W końcu od przybytku głowa nie boli!
Było to coś zupełnie nowego. Jeszcze nie tak dawno przerwy w pisaniu wahały się między kilkoma dniami a kilkoma miesiącami. Zastanawiało mnie, co było tego powodem (temat lenistwa i braku dyscypliny został już przerobiony i nie miał większego udziału w tym zjawisku). Zagłębiłam się więc w archiwum, przeglądałam zawartość, analizowałam pod względem treści i kontekstu historycznego...
Tak, to mądrze brzmiący kontekst historyczny wskazał przyczynę.
Głównym, a przez pewien czas nawet jedynym wątkiem „Przypadków...” były same przypadki. Większą część tekstów inspirowałam życiem codziennym – tym, co mnie osobiście się przytrafiało, co zasłyszałam od znajomych lub w autobusie... Tak więc w zależności od tego, jak ciekawy był dany okres w moim życiu, lub jak tryb życia (w tym wypadku tryb nauki bądź tryb luzu) sprzyjał dostrzeganiu inspiracji.
Zagadka rozwiązana. Spokój na nowo zagościł w moim życiu.
Jednak nie na długo. Bo zaraz napadła mnie przerażająca myśl – co, jeśli znów dopadnie mnie ta twórcza susza? Teraz, po długiej przerwie, mam sporo świeżych pomysłów na teksty. Nie mam jednak żadnej gwarancji, że tak już będzie zawsze. Nie podpisałam żadnej umowy ze światem, że będzie mi podrzucał tematy na zawołanie. Źródełko inspiracji może wyschnąć w każdej chwili, czy będę na to gotowa, czy nie.
Postanowiłam więc się przygotować. Z obsesyjną skrupulatnością zaczęłam spisać wszystko, od przelotnego wrażenie do konkretnych konceptów. Lista rosła w szaleńczym tempie. Strach jednak wróciła, gdy po kilku dniach tempo to zaczęło zwalniać. Czyżby zaczynała się susza? Byłam już bliska odwołania reaktywacji bloga, kiedy na ratunek znów przyszedł anioł analizy i logicznego myślenia. „Owszem, tempo tworzenia nowych pomysłów istotnie zwolniło – szepnął mi do ucha - po tym jednak ustabilizowało się. Dni mijają, a lista pomalutku wciąż się rozrasta.”
Koniec problemu? Kryzys zażegnany?
Nie. Bo w życiu nigdy nie może być za dobrze. Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, nadmiar pomysłów wcale nie przyniósł mi spokoju. Gorzej, przysporzył mi jeszcze większego zmartwienia – czy z moim żółwim tempem pisania kiedykolwiek zdążę to wszystko napisać?!
Wolę chyba nawet nie próbować rozwiązać tego problemu. Kto wie, jakie z tego by wyszło nieszczęście... Z dwojga złego, już lepiej oswoić się z tą zmorą, jeszcze nie tak straszną.
Wniosek – blogować należy z głową. Choć też nie za bardzo – myślenie, jak widać, potrafi czasem boleć.


A tak między nami, pisanie ma dla mnie jednak więcej plusów niż minusów. Polecam wszystkim, choćby na spróbowanie.
Nawiązując do tematu postów – rzeczywiście, nowych pomysłów jest sporo (jak zapoczątkowana tekstem o ulubionych rupieciarniach nadchodząca seria top list wszelkich możliwych kategorii).