Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

Close to the mirror (Deadpool FF)

Zacznę od samokrytyki - bo wciąż nie mogę uwierzyć, że od obejrzenia Deadpoola potrzebowałam aż pięciu miesięcy na okiełznanie tych półtora tysiąca słów. Skandal! Nie bierzcie ze mnie przykładu.
Z podziękowaniami dla cudownej osoby, której szczere, ale i miłe rady udoskonaliły ten tekst.
Dla chętnych – piosenka, która była inspiracją opowiadania TU.


Z początku Vanessa myślała, że to znowu ten burak zza ściany zaczął wiercić jeszcze przed świtem. Próbowała ignorować hałas, jednak czuła, że z każdą sekundą rozbudza się coraz bardziej. Po dłuższej chwili była już na tyle świadoma, by zdać sobie sprawę, że to, co słyszy, to wcale nie wiertarka, ale uporczywe szorowanie zębów.
Usiadła na łóżku i odruchowo już spojrzała w stronę aneksu kuchennego. Jak zwykle zobaczyła Wade’a - jedną ręką operował szczoteczką do zębów, w drugiej trzymał telefon oświetlający zlew.
- Dużo dyskretniej niż ostatnio – rzuciła Vanessa. – Prawie się nie obudziłam.
Telefon, w odruchu wypuszczony nagle z ręki, huknął o podłogę i zgasł, pogrążając pomieszczenie w ciemności.
- Szlag, Ness, przestraszyłaś mnie – wybełkotał Wade przez pastę w ustach.
Teraz Vanessa mogła pozwolić sobie na kpiarskie parsknięcie.
- Co, czyżby zatkała się umywalka w łazience?
Nie odpowiedział, nabrał wody w usta – dosłownie. Jednak nawet po wypluciu jej z resztkami pasty nie wrócił do tematu.
- Telefon cały, dzięki, że pytasz – burknął, gdy podniósł aparat i znów go włączył. – Ale z tego, co widzę, to chyba naplułem ci do ryżu. Mam nadzieję, że masz jakiś inny plan na śniadanie…
- Dlatego ja poranną toaletę załatwiam w łazience. Nie mogłabym malować się bez…
- Ja na szczęście się nie maluję – przerwał jej – więc nie muszę ograniczać się do łazienki, lustra mi nie potrzeba.
Nim Vanessa zdążyła czymś na to odpowiedzieć, Wade, tym razem już sam, wyłączył światło telefonu. Ciemność, która zalała pokój, jeszcze skuteczniej uciszyła dziewczynę. W pełni skupiona, nasłuchiwała odgłosów wydawanych przez przemieszczającego się tu i tam Wade’a. Zadrżała, gdy po chwili usłyszała trzask naciąganego lateksu.
- Naprawdę musimy zaczynać ten dzień w taki sposób? – rzuciła w ciemność.
- Ty nie musisz – głos Wade’a brzmiał zaskakująco miękko. – Śpij dalej. Wrócę, zanim znów się obudzisz, więc kiedy otworzysz oczy, będziesz mogła udawać, że ta rozmowa tylko ci się przyśniła – mówiąc to, nagle zmaterializował się tuż przed nią, dosłownie na sekundę, by musnąć ustami jej czoło. Nim zdążyła zareagować, zniknął, i zaraz w ciemności rozległ się trzask drzwi i dźwięk zamka.
Nie mając żadnej lepszej perspektywy, Vanessa poszła za radą i położyła się, pewna, że już nie zaśnie. Leżała, myśląc o kuchni, myciu zębów i tym cholernym lustrze w łazience…
I wtedy jednak zasnęła.

*          *          *

Poczuła coś na twarzy. Drażniło czubek nosa, zaraz przeskoczyło na powieki, skutecznie wyganiając resztki snu. Vanessa ostrożnie otworzyła jedno oko, jednak zaraz znów je zamknęła, gdy promienie wpadającego przez szparę w rolecie słońca brutalnie ją zaślepiły.
- Wade, zasłoń, jesteś bliżej… – wymamrotała, na oślep wyprowadzając cios w kierunku drugiej strony łóżka. Jej ręka trafiła jednak tylko w skotłowaną pościel.
Vanessa momentalnie otworzyła oczy.
- Wade? – krzyknęła, choć dobrze widziała, że nigdzie go nie ma. Rozglądała się tępo po pustym mieszkaniu, aż w pewnym momencie dotarło do niej, że to w sumie nieważne. Nie raz Wade znikał tak z samego rana. Albo nawet jeszcze w nocy, kto wie. Liczy się, że kiedyś i tak wróci.
Burczenie w brzuchu wyrwało ją z zadumy. Nic nie wyganiało jej z łóżka tak skutecznie jak poranny głód. Nie myśląc już, poczłapała do kuchni i złapała za leżącą akurat na blacie miskę z resztką ryżu. Wpakowała do ust jedną łyżkę, zaraz dopchała drugą…
Czuła jakiś dziwny posmak mięty…
Nagle olśniona, momentalnie wypluła wszystko do zlewu. Pasta do zębów Wade’a. Mył zęby w kuchni. Vanessa widziała, jak wychodził. Rozmawiała z nim. Nagle była w stanie przypomnieć sobie całą ich wymianę zdań. Z każdym słyszanym w głowie słowem czuła coraz bardziej narastającą frustrację.
Wszystko poszło nie tak. Znowu. Matko, jaką ona była beznadziejną idiotką!
Na cholerę w ogóle się odezwała? Mogła udawać, że śpi, wtedy uniknęliby kolejnej prowadzącej donikąd rozmowy. Wade nie przestanie myć się przy zlewie tylko dlatego, że Vanessa po raz setny zwróci mu na to uwagę. Nie zobojętnieje na swoje odbicie w lustrze w łazience przez same jej zapewnienia, że jego wygląd niczego nie zmienia. W ogóle nie przyzna się do tego problemu, nawet jeśli Vanessa sama poruszy temat.
Inna sprawa, że ona nigdy nie poruszy tematu, bo boi się, że konfrontacja i demaskacja znowu może skończyć się zniknięciem Wade’a.
Właściwie, czy Wade kiedykolwiek do niej wrócił? Z każdym dniem zaczynała w to coraz bardziej wątpić. Nawet nie dlatego, że od momentu przemiany większość czasu spędzał we wcieleniu Deadpoola. Nie, najgorsze było to, że nawet w domu, po zdjęciu maski, Wade wciąż nie był do końca sobą. Spędzali razem czas, rozmawiali, śmiali się, kochali… A potem zdarzały się poranki, kiedy mył zęby w kuchni… Wyrzucał ukradkiem znalezione podczas sprzątania zdjęcia… Albo zawieszał się na jakiś czas, jakby nagle dopadła go jakaś potworna myśl. Wszelkie pytania Vanessy zbywał jednak śmiechem i zręczną zmianą tematu. Nawet, jeśli w środku trawił go jakiś ból, skutecznie chował go pod maską uśmiechu. Robił to, co zawsze robił jako Deadpool – ignorował wszelkie rany, które prędzej czy później i tak same się zagoją.
Ale ta się nie zagoi. Nie sama i nie, kiedy rozdrapują ją nawet zwykłe codzienne czynności. Tego Vanessa była pewna. Ale co z tego? Świadomość nie niosła wiedzy, jak temu zaradzić.
Wade sam nie zdejmie maski. Vanessa nie ośmieli się mu jej zerwać. Ani zdjąć lustra. Nie, to byłoby jawne przyznanie się do obustronnej porażki. Potrzeba konfrontacji, jednak bez demaskacji. Znaczy musiałaby jakoś zmusić do niej Wade’a, ale nie w bezpośredni sposób…
Złapała się na tym, że przez cały ten czas wciąż wbijała wzrok w zapluty ryż. Nawet nie zauważyła, kiedy cała ta papka z jej pomocą wylądowała w odpływie zlewu. Zaraz za nią trafiła tam surówka, purée i masa innych rzeczy z lodówki, które nadawały się do zapchania rury.
Jedzenia znalazła mniej, niż się spodziewała. Zaczęła więc wpychać do odpływu papierowe ręczniki, jeden po drugim. Wtedy zaczęła do niej docierać wątpliwość tego planu. Zmianę w klubie zaczynała dopiero wieczorem, jednak od jej wyjścia Wade będzie miał wystarczająco dużo czasu, by zobaczyć, że coś w kuchni jest nie tak. Przeważnie był zbyt leniwy, żeby zabierać się za takie rzeczy od razu, ale co jeśli tym razem…
Aż podskoczyła, gdy usłyszała dzwonek telefonu. Jedną ręką wciąż ładując papier do zlewu, drugą sięgnęła po leżący w pobliżu aparat.
Wiadomość od Wade’a.
Szykuje się niezła jatka, jest sporo roboty. Gdybym nie zdążył odebrać cię w nocy z klubu, zamów taksówkę. Po dzisiejszej akcji będę miał ci z czego za nią oddać.
Przypadek? Wierzyła, że nie. Mimo to wpychając do rury ostatni ręcznik, nie wiedziała, czy bardziej odczuwała ciężar wyrzutów sumienia, czy dumę z własnej przebiegłości.

*          *          *

Vanessa otworzyła gwałtownie oczy. Coś się stało. Co ją obudziło? Zły sen? Miała wrażenie, że coś usłyszała. Nie wynurzając się spod kołdry, wysunęła rękę na drugą stronę łóżka, jednak wyczuła tam tylko wymiętą pościel. Wtedy dopiero podniosła się do siadu. W szarości wczesnego poranka nie dostrzegła Wade’a nigdzie w pobliżu łóżka ani przy kuchennym blacie.
Minęła chwila, nim przypomniała sobie, dlaczego tym razem Wade nie mógł myć zębów w kuchni.
O mało nie spadła z łóżka, gdy drzwi łazienki otworzyły się nagle. Przez szparę wysunął się Wade, dziwnie zgarbiony. Zamknął za sobą ostrożnie drzwi i sam również mało nie krzyknął, gdy spojrzał na swoją partnerkę.
- Ness… nie śpisz… - wydukał po chwili, nerwowo ruszając schowaną w kieszeni bluzy dłonią. Przyglądał jej się uważnie.
Zbyt uważnie.
- Nie, nie śpię – przyznała. – Ty zresztą też nie. Tak wcześnie… Wychodzisz gdzieś?
Z każdym jej słowem, o dziwo, Wade odprężał się coraz bardziej. Tylko ręka nie znieruchomiała.
- Obiecałem pomóc Al z jakąś zepsutą szafką – zaczął tonem, który zapowiadał odwracający uwagę monolog. - Z rana, jak to tylko starsze panie lubią… Poza tym zlew nam się zapchał. Stara ma na wszystko jakieś sposoby, na to pewnie też. Swoja drogą, czego ty tam napchałaś? Nie mów, że to ten ryż…
Vanessa przyglądała mu się uważnie. Gdy nie dostrzegła niczego niepokojącego, tylko uśmiechnęła się przepraszająco.
- Może… Nie wiem, zmywałam wszystko na szybko…
- Zresztą, co za różnica – Wade machnął wolną ręką. – Dobry kwas przeżre wszystko. Zwłaszcza taki z piwnicy Al. Już my ogarniemy, co z tym zrobić.
- Rozpieszczasz mnie – mruknęła Vanessa zalotnie. – Zanudzę się na śmierć…
- Dlatego idź spać. Wrócę, zanim się obudzisz. Nie wstawaj, zajmę się wszystkim, szafką Al, zlewem, łazienką…
- Łazienką?
Wade w jednym momencie znów zesztywniał. Trwało to jednak ledwie ułamek sekundy, cień na jego twarzy zaraz zastąpił szeroki uśmiech.
- Jadłem wczoraj kebaba, nie chcesz wchodzić po mnie do kibla – zaśmiał się głupio. Vanessa nie mogła także się nie roześmiać.
- Tak więc lepiej nie wychodź z łóżka – powtórzył. – Śpij, a jak wrócę, wszystkim się zajmę.
- Lepiej, żeby tak było – mruknęła, odprowadzając go wzrokiem do wyjścia. Chwilę potem jeszcze wpatrywała się w drzwi, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co się właśnie stało.
Czyżby jej plan zadziałał? Wprawdzie Wade przez moment może wyglądał na nieco zdenerwowanego, ale to i tak kropla w morzu tego, czego obawiała się po jego spotkaniu z lustrem. Choć widoczny sukces tej intrygi nie do końca uciszył wyrzuty sumienia, Vanessa uspokoiła się na tyle, by znów rzucić się w poduszki i zawinąć w kołdrę…
I właśnie wtedy, gdy zakopała się w pościeli i zamknęła oczy, poczuła ucisk w pęcherzu.
Najgorzej.
Gwałtownie odrzuciła kołdrę i poczłapała w stronę łazienki. Szarpnęła drzwiami…
I zamarła.
Szkło było wszędzie – na kafelkach, szafce, w umywalce… Wszędzie, tylko nie w ramie lustra, ziejącej teraz wybitą pustką.
 Miała ochotę krzyczeć. Na siebie, na swoją głupotę i na jej bolesne skutki. Zamiast tego zrobiła jednak to, czego nauczył ją Wade – zaśmiała się.
W końcu, choć problemu nie rozwiązali, pozbyli się przynajmniej dylematu, czy powinni coś zrobić z tym cholernym lustrem.



Z założenia fanfiction to jest one-shotem. Nie wierzę jednak w sytuację bez wyjścia – więc choć pewne rany same się nie zagoją, jeśli tylko Vanessa znajdzie na tę lekarstwo, na pewno dam znać.


piątek, 31 stycznia 2014

Anioł stróż

Card podbił moje serce - w niecałe dwa dni pochłonęłam "Grę Endera", teraz męczę "Cień Endera" Stwierdzam, że Groszek jest najbardziej oddanym i uroczym fanboyem, dzięki czemu w pełni zasłużył na to krótkie opowiadanie! 


Światła już dawno pogasły. A Groszek znów gdzieś zniknął.
To już stało się rutyną. Tak jak wczoraj, dwa, trzy, cztery, siedem dni temu Dink w środku nocy przemierzał ciche i ciemne korytarze bazy w poszukiwaniu swojego małego przyjaciela.
Właściwie to nawet nie musiał szukać - o tej porze Groszek mógł znajdować się tylko w jednym miejscu.
Dink bezszelestnie wślizgnął się do celi Endera. Na palcach podszedł do łóżka i bezlitośnie szturchnął mniejsze z dwóch ciałek skulonych wśród pościeli.
- Groszek, ty znowu tu…?
- Nie, nie śpię tu - ja czuwam i pilnuję - maluch zaoponował mrukliwie spod kołdry.
Choć powtarzali ten krótki dialog już kilka razy, Dink i tym razem z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Nie mógł pojąć, jak wielkim uporem i oddaniem musi odznaczał się malec, skoro co noc na wpół śpiąc układał się u stóp swojego dowódcy.
Ender poruszył się niespokojnie. Nie mówiąc więc już nic więcej, Dink ostrożnie wykopał Groszka spod kołdry. Drzemiący Groszek wciąż był na tyle mały, że bez problemu można było przenieść go bez budzenia. Nim jednak Dink zdążył wziąć go na ręce, ten nagle w pełni rozbudzony zerwał się z łóżka.
- Sam pójdę - powiedział tylko.
- Dlaczego wciąż tam przyłazisz? - spytał Dink, gdy już znaleźli się na korytarzu. - Przecież walka się skończyła, nic już się nie dzieje. Ender nawet nie zdaje sobie sprawy z twojej obecności, całe dni śpi jak zabity.
- Wiem. Sam więc nie rozumiem, po co to robię…
- Bo to głupie.
- To także wiem - dlatego jutro już nigdzie nie pójdę!
Obaj wiedzieli, że to nie prawda. Jak zwykle, zresztą.


środa, 16 października 2013

Jeden oddech

Znowu Altair i Malik. Tym razem dla Quentina - pomimo tego, że spoileruje i dopuściła dziś do zwycięstwa Templariuszy  c ;


Już kiedy tylko otworzyłem po przebudzeniu oczy wiedziałem, że ten dzień źle się skończy. Niejasne, podświadome przeczucie jak kamień w bucie uparcie uwierało moje myśli. Wolałem jednak nie dzielić się tym z tobą – trudna podróż i ponura wizja tego, co czeka nas na jej końcu już i tak wystarczająco psuła atmosferę. Ośmieliłem się więc tylko zasugerować, żeby zjechać z traktu.
- Nie chciałem ci nic mówić, ale wydaje mi się, że już od dwóch dni szwendamy się po ich terenie, więc jeśli coś ma się stać, to już i tak nic na to nie poradzimy – tak mi odpowiedziałeś.
I rzeczywiście, miałeś rację – coś się stało.
Zagonili nas nad samą krawędź klifu. Serce nieco mi zadrżało, gdy zdałem sobie sprawę, że parę kroków za mną jest stroma przepaść, w której burzyła się groźna kipiel, nieustannie atakująca falami skalną ścianę. Jednak chociaż ja przez moment szczerze się bałem, a ty wciąż nie do końca radziłeś sobie z walką bez jednej ręki, jakoś udało nam się zdobyć przewagę. Potyczka ta pewnie zakończyłaby się naszym sukcesem, gdyby tylko ten osiłek z mieczem dwuręcznym rzucił się na mnie, a nie na ciebie.
Wybacz, Maliku, ale według mnie nie miałeś z nim szans – dlatego się wtedy podłożyłem pod jego ostrze.
Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się sparować ten cios. Jednak tę chwilę nieuwagi wykorzystał inny rycerz i jego ostrze z mocą liznęło mój bok. Zachwiałem się. Próbując utrzymać równowagę, zrobił krok w tył. Niestety, zamiast oparcia, moja stopa znalazłam tylko pustkę.
Spadłem. A zanim przykryły mnie fale, słyszałem jeszcze twój krzyk.
Myślałem, że to już koniec. Kiedy nie miałem już siły walczyć z falami, woda coraz głębiej brała mnie w lodowate objęcia. Było tam tak cicho, tak spokojnie. Już przestałem myśleć o tym, że brakuje mi powietrze. Nagle strasznie zachciało mi się spać. Na wpół przytomny zamknąłem oczy i czekałem, aż będę mógł zakopać się w piasek i zasnąć tam w dole, na dnie...
Z letargu wyrwało mnie nagłe szarpnięcie za kołnierz. I dotyk. Dotyk ciepłych warg na moich ustach. W cudowny sposób tak bardzo różnych od otaczającej mnie masy chłodu. W jednej chwili z całych sił zapragnąłem przeżyć choćby tylko po, by przekonać się, od kogo dostałem tyle ciepła.
To byłeś ty. I pewnie nie zdajesz sobie nawet sprawy, że tym jednym przekazanym mi oddechem dałeś mi coś więcej, niż tylko życiodajne powietrze. Coś o wiele cenniejszego.
Teraz siedzimy już na brzegu – mokrzy i wykończeni. Pomagasz mi opatrzyć draśnięty bok i krzyczysz na mnie za to, że jak ostatni głupek rzuciłem się robić ci za żywą tarczę. Beształeś mnie z taką pasją, jakbyś wcale nie rzucił się zaraz za mną wysokiego na dobrych dziesięć metrów klifu prosto do targanego wichrem morza, gdzie przy stanie liczebnym twoich kończyn nawet i bez holowania mnie za sobą miałbyś marne szanse wyjść z tego cało.
Chętnie bym ci to wygarnął. Ale nie zrobię tego. Nie przyznam się także, że wciąż czuję na ustach twój ciepły dotyk; że zastanawiam się, jak twoje wargi smakowałyby teraz – sine i rozedrgane od zimna; że tak jak ty przekazałeś mi pod wodą ten jeden oddech, w taki sam sposób ja teraz podziękowałbym ci za niego.

Oczywiście, nie powiem ci tego. Tym bardziej nie zademonstruję. Ani teraz, ani nigdy. W końcu pomimo wszystkich wcześniejszych przeciwności, znowu jesteśmy sobie braćmi. A brat bratu takich rzeczy nie mówi.  




Inspiracja:



Hm, jak tak dalej pójdzie, napiszę opowiadania na podstawie wszystkich napotkanych fanartów!

sobota, 12 października 2013

Biała śmierć

Pomysł na to opowiadanie przyszedł mi właściwie już w gimnazjum - niedługo po tym, jak zaczęłam pisać Ezioladę. Nie wiem więc, czemu napisałam je dopiero teraz. Dedykuję je mojemu osobistemu Malikowi i Agatce, którą udało mi się zarazić ezio- i leomanią. Na Quentina za to czeka książka, którą dostałaby już dziś, gdyby pojawiła się na matmie...

Tegoroczna zima nie należała do najsroższych. Nawet tu, w Alpach, temperatura nie spadała niżej niż do kilku stopni na minusie. Była akurat odpowiednia, by cieniutka śniegowa pierzynka mogła utrzymać się na dachach, polach, pagórkach i ogołoconych drzewach. Bo choć niebo już od paru tygodni było zasnute mlecznymi chmurami, aż do dzisiaj nie przybyło nawet jednego płatka śniegu. Więc jak okiem sięgnąć, wszędzie wokół panował spokój, cisza i biel.
Ezio nieco spochmurniał na myśl, że będzie musiał umrzeć w akurat tak udany dzień.
Spojrzał w dół – górka, na której stał, nie była wysoka, ale z tej perspektywy wydawała się niezwykle stroma. I niebezpieczna. Wrażenie to potęgowały rosnące u jej stóp drzewa i czyhające pod śniegiem wyboje.
Nagle zjechanie w dół na zbitej przez Leonarda pomniejszonej wersji sań wydało mu się kompletnie nietrafionym pomysłem.
- Jesteś pewien, czy to wypali? - spytał niepewnie, kiedy przyjaciel kazał mu usiąść na swoim wynalazku.
- Przekonamy się, gdy zjedziesz – odparł z roztargnieniem, wzruszając ramionami.
Jeszcze tego ranka na to samo pytanie odpowiedział zupełnie inaczej – i bardziej optymistycznie.
- To jak, gotowy? - spytał wynalazca, kiedy skończył ostateczny przegląd.
Ezio nerwowo pokręcił głową.
- Nie, oczywiście, że nie jestem...!
Leonardo go popchnął.
I sanki ruszyły.
Czas zdawał się stanąć w miejscu, gdy płozy powoli nachylały się do pionowego spadu. Zaraz jednak czas znów ruszył, i to z podwójną prędkością. Sanki z głośnym świstem pruły przez puszysty śnieg, który wzlatywał prosto na twarz Ezia. Spod przymrużonych powiek asasyn dostrzegł tylko zbliżające się z zawrotną szybkością drzewa.
Szczęście w nieszczęściu, ale w tym momencie do akcji wkroczył jeden z wybojów. Sanki gwałtownie zatrzymały się na nim, a Ezio z rozpędu wyleciał w powietrze. Przez cudownie rozciągnięty ułamek sekundy szybował jak orzeł, jednak zaraz z głuchym okrzykiem zwalił się na ziemię.
Kiedy Ezio znów otworzył oczy, z paniką stwierdził, że chyba rzeczywiście zginął. Gdy jednak na jego twarz opadł jeden, drugi, trzeci płatek śniegu, zdał sobie sprawę, że zasnuwająca mu oczy biel, to tak naprawdę tylko zachmurzone niebo.
Wtedy do jego uszu dobiegł krzyk i trzeszczenie śniegu pod butami. Uniósł głowę. Uśmiechnął się z nutką satysfakcji, gdy dostrzegł krzyczącego Leonarda, który na złamanie karku biegł w dół górki, co parę kroków lądując na śniegu.
- Mio Dio... - jęknął Ezio, próbując się podnieść. Wstawał pokracznie jak wiekowy starzec z osteoporozą trzeciego stopnia. Wbrew temu, co obiecywał mu Leonardo, śnieg wcale nie złagodził upadku. Kości – od kości ciemniowej po małe paliczki – bolały go jak wszyscy diabli. Dlatego, gdy opierając się o drzewo udało mu się wyprostować, spojrzał w niebo i stwierdził, że tego udanego dnia spotkały go aż dwa cudy.
Po prawie miesiącu ciszy znów zaczął prószyć delikatny śnieg.
No i, co istotniejsze, jednak przeżył.


wtorek, 30 lipca 2013

Nieszczęścia chodzą trójkami

Mały triumf - w końcu udało mi się dorwać w bibliotece "Assassin's Creed: Tajemna krucjata" Olivera Bowdena! Choć na razie czeka ona na odpowiedni moment, jakim będzie długa podróż na wschód, moja radość jest wielka i z tej okazji zmobilizowałam się do przepisania, dopisania i poprawienia czegoś, co można chyba określić mianem średnio spójnego opowiadania fanfiction o bliżej nie określonej konstrukcji. Tym razem w roli głównej mój ulubiony duet - Altair i Malik.

Schemat był prosty. Każdy pobliski przechodzień w końcu musiał zwrócić uwagę na ten duet z koniem. Po tym owy przechodzień, zaszokowany faktem wprowadzenia zwierzęcia w wąskie uliczki, momentalnie milknął i przezornie odskakiwał pod samą ścianę. Gdy dziwni podróżni już go minęli, od razu przyłączał się do głośnych protestów reszty uczestników ruchu.
Z wysokości końskiego grzbietu Malik idealnie widział odbywający się wokół nich cały ten spektakl. Nigdy w życiu nie czuł się chyba tak głupio, jak teraz. Pewnie dlatego, że nigdy wcześniej nie jechał konno środkiem miasta.
I to jeszcze w dzień jarmarku...
Z całych sił starał się być ponad to. Zadarł do góry głowę i uparcie patrzył wprost przed siebie. Mimo to i tak na przemian rumienił się i bladł, kiedy tylko do jego uszu dochodziły oburzone krzyki.
A Altair, prowadzący nieszczęsnego konia za uzdę, beztrosko przepychał się przez tłum.
- Zostawmy gdzieś tę chabetę, dopóki nie jest za późno – warknął do niego Malik, gdy napotkał groźne spojrzenie przechodzącego strażnika.
- Czemu niby? - spytał niewinnie Altair. - Mamy do przebycia całe miasto. To zajmie nam z pół dnia. Zwłaszcza w tym tłumie – jeszcze byś się gdzieś po drodze zgubił...
- A żebyś się nie zdziwił – burknął Malik, już przerzucając nogę nad siodłem.
- Tylko dotknij stopą bruku, a dotarcie na drugą stronę miasta będzie twoim najmniejszym problemem.
Klnąc pod nosem, Malik z ociąganiem wrócił do wcześniejszego siadu na siodle. Altair nie skomentował tego, jedynie zerknął przez ramię by sprawdzić, czy jego groźba poskutkowała.
- Idiota – fuknął na niego Malik, starając się włożyć w to jedno słowo jak najwięcej niechęci. Mógł jednak przysiąc, że w tym momencie dostrzegł na towarzysza przelotny, aczkolwiek szczery uśmiech.

* * *

Było blisko. Stanowczo zbyt blisko. Wystarczyłoby, że pomost byłby choć o parę centymetrów węższy, a rybi ogon świeższy i jeszcze bardziej śliski. Wtedy Altair bez wątpienia wylądowałby w morskiej kipieli...
Ale na szczęście tak się nie stało. Asasyn jak długi leżał na pomoście, kurczowo trzymając się nieco wypaczonych desek. Nie mogąc otrząsnąć się z chwilowej paniki, dyszał ciężko i tępo wpatrywał się w latające wysoko na niebie mewy.
Dopiero pochylona nad nim twarz Malika wyrwała go z myśli o ledwie unikniętej katastrofy.
- Nie masz chyba zamiaru leżeć tu cały dzień? - spytał, nawet nie starając się ukryć złośliwego uśmiechu. - Jeżeli nie chcesz iść dalej, w drodze ostateczności możesz obrócić się na brzuch, powoli doczołgać do brzegu i dla zabicia czasu poszukać skonfiskowanego przez straże konia...
- Nie – uciął ostro Altair, ostrożnie podnosząc się z desek. Kiedy upewnił się, że w pobliżu nie ma już żadnych stwarzających zagrożenie rybich odpadków, stanął pewnie na nogach i bez cienia strachu spojrzał przed siebie, by ocenić jak długa droga jeszcze ich czeka. A gdy zdał sobie sprawę, że statek kupiecki stoi przy samym końcu pomostu, zemdliło go.
- Ja nie prosiłem cię o pomoc przy odebraniu towarów. Nie obrażę się, jeżeli zawrócisz i zaczekasz na mnie na stałym lądzie – znów wyszczerzył się Malik, widząc pozieleniałą twarz towarzysza. W odpowiedzi Altair tylko mocniej zacisnął szczęki i przecząco pokręcił głową.
- Jak wolisz – zaszczebiotał Malik. - Ale ja nie będę rzucał się do wody na ratunek, jeżeli ta spróchniała deska zarwie się pod tobą...
- Która... Która deska?!
- Żadna. Tylko żartowałem, uparty ośle.

* * *

Słysząc na dachu kroki, Malik nie bez zdziwienia poderwał głowę znad mapy. Tak wczesnym rankiem nikt nigdy nie zachodził do jego biura. Nikt, oprócz...
- Pokój z tobą, Maliku!
Tak. Altair był jedyną osobą, która odwiedzała go w najmniej odpowiednich momentach.
Zmęczony całonocną pracą, Malik tylko machnął na odczepnego bolącą od pisania ręką i mruknął pod nosem coś o zamykaniu na noc kraty na dachu. Altaira jednak wcale nie zraziło to dość chłodne powitanie. Bez żadnych wstępów podszedł do kontuaru i rzucił na niego sporych rozmiarów podłużny pakunek, który zasłonił całą mapę.
- Co... to jest? - niepewnie spytał Malik, przyglądając się tej dość marnie zapakowanej plątaninie papieru i płótna.
- To jest prezent – prosto wyjaśnił Altair.
Malik ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Czyli mam rozumieć, że opóźniłeś swój pilny wyjazd – bo miałeś rozkaz wyruszyć do Masjafu już wczoraj, jeżeli pamiętasz - tylko po to, że przytaszczyć do mnie to... Znaczy, ten prezent, który jest, właściwie nie wiem, za co? - upewniał się. Gdy Altair znów przytaknął, Malik tylko wzruszył ramionami i zabrał się do rozpakowywania.
Po rozwinięciu materiału już podejrzewał za co.
- To... miecz dwuręczny – wycedził przez zaciśnięte ze złości zęby.
- Ofiarowany z wdzięczności za uroczy spacer na pomoście – dodał Altair z kamienną twarzą, rozwiewając wszelkie wątpliwości przyjaciela.
Czerwony z gniewu, Malik spojrzał na niego spod ściągniętych brwi.
- Myślisz, że jesteś zabawny?
- Ależ skąd! Po moim wyjeździe znów sam będziesz musiał oporządzać pocztę. Ostre ostrze spokojnie możesz wykorzystać jako nóż do kopert, który zdecydowanie przyśpieszy pracę – z kamienną twarzą odpowiedział Altair. - Widzę, że już nie możesz doczekać się zrobienia z niego użytku, więc nie będę ci już dłużej przeszkadzać. Trzymaj się, bracie!

I wyszedł. A w ślad za nim z biura wyleciał na szczęście tylko świeżo napoczęty kałamarz.

sobota, 29 czerwca 2013

Falstart

Takie tam, jeden z przerywników w "poważnej pracy", pisany w trakcie nudnych lekcji z wystawianiem ocen. Bo na nudę nie ma nic lepszego, niż fanfik AC II!


 Grzmot huknął właściwie znikąd.
Ezio gwałtownie poderwał głowę znad książki. Dopiero gdy oderwał się od lektury i po chwili wrócił do rzeczywistości zdał sobie sprawę, że owa burza to tylko trzask łamanych gałęzi.
Trzask! I jeszcze jeden. I kolejny.
Uważnie rozejrzał się po ogrodzie. Wszystkie krzaki i rabatki zachowywały się nadzwyczaj spokojnie. Niebo, zlustrowane tak na wszelki wypadek, okazało się zupełnie bezchmurne. Jedynie korona samotnego kasztanowca trzęsła się podejrzanie, zrzucając co jakiś czas liście, niedojrzałe kasztany...
...i purpurowy beret.
Ezio odłożył książkę i z westchnieniem podniósł się z ławki. Powoli szedł w stronę drzewa, a im bardziej się zbliżał, tym wyraźniej słyszał szelest liści, trzeszczenie gałęzi i fantazyjne wiązanki przekleństw.
To, co ujrzał za rozchylonymi gałęziami, wcale go nie zaskoczyło. Leonardo, który najwyraźniej jeszcze go nie dostrzegł, wisiał głową w dół, zaplątany w resztkach czegoś, co kiedyś mogło być skomplikowanym modelem lotni w kształcie nietoperzych skrzydeł. Rzucał się jak ryba na wędce, klnąc przy tym nie jak słynący z nienagannych manier artysta, ale jak opity rumem marynarz.
Żeby w końcu zwrócić na siebie uwagę, Ezio odkaszlnął cicho. Malarz w jednej chwili zamarł.
- Ooo, witaj, przyjacielu – pozdrowił go Ezio nadzwyczaj beztroskim tonem. - Mógłbym powiedzieć, że nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać, ale cóż... To byłoby nieprawdą...
Leonardo nie odpowiedział. Uparcie milczał, z kamienną twarzą patrząc na asasyna. Zresztą jakiekolwiek wyjaśnienia i tak były zbędne – obecne położenie, rumieniec na policzkach i nie jaki błysk paniki w oczach mówiły same za siebie.
- Choć pogoda wciąż upalna, jesień jest tuż-tuż – ciągnął Ezio, podnosząc z ziemi beret. - Kasztanowiec został nam już tylko jeden, ale za to jaki! Dzieciaki aż do samej zimy nie uzbierają tych wszystkich kasztanów, które spadną. A kto wie, czy jeszcze co innego z drzewa im nie zleci.
Ezio niespodziewanie wyjął z cholewy buta nóż i rzucił między gałęzie korony drzewa. Lina pękła, gałęzie trzasnęły i Leonardo z głuchym łoskotem spadł na ziemię.

- Błagam, już nigdy więcej nie próbuj latać – westchnął Ezio, troskliwie zakładając siedzącemu już artyście beret na głowę. - Bo wiesz – kasztanowca szkoda...


Inspirowane: