Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Assassin's Creed. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Assassin's Creed. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2015

NaNoWriMo czas zacząć!

Gdy mam za dużo wolnego czasu, muszę znaleźć sobie jakieś karkołomne i czasochłonne zajęcie. Stąd zainteresowanie NaNoWriMo (oficjalna strona TU), czyli Międzynarodowym Miesiącem Pisania Powieści, przypadającym właśnie na listopad. Każdy zaangażowany pisarz w ciągu miesiąca musi spełnić dwa cele – po pierwsze, napisać przynajmniej 50 000 słów, po drugie, stworzyć powieść. Podobno jest to wykonalne. Nie w tym jednak rzecz, ja potraktuję NaNoWriMo nie jako cel, ale środek. W tym miesiącu chciałam w końcu zacząć pracę nad moim drugim blogiem z opowiadaniem. Plan opowieści powstał jeszcze w wakacje, jednak poza tym nic więcej nie zrobiłam. Ten powieściowy miesiąc wydał mi się idealnym momentem na mobilizację. Jeśli więc nawet nie sięgnę wymaganego pułapu słów, ani nie skończę opowieści, będę szczęśliwa z każdego napisanego akapitu. Najważniejsze, że szkic zacznie przeradzać się w tekst.

Tak więc, skoro już rozgrzałam klawiaturę, biorę się za pisanie. A co z tego wyjdzie, zobaczymy. 

sobota, 12 września 2015

TOP wideoklipy

 Wideoklipy, klipy, teledyski... Do dziś nie potrafię nakreślić między nimi jasnych granic (a podobno jakieś są, ale jakie, nie wiem). Wierzę jednak, że obejdziemy się bez konkretnych definicji. Dla spokoju sumienia wyjaśnię tylko, że lista dotyczy krótkich filmów, głównie związanych z muzyką, które cieszą moje oczy (i uszy) lub poruszyły mnie w jakikolwiek inny sposób.
Teraz mogę w spokoju przejść do listy.


Zwiastun Pocahontas Disneya

Zwiastun ten po raz pierwszy obejrzałam jako kilkuletni szkrab. Szkrab, który całym sercem kochał (i nadal kocha) Matkę Naturę. Nietrudno więc chyba zgadnąć, o czym nieustannie marzyłam po obejrzeniu tego krótkiego klipu.
Nie, wcale nie chciałam obejrzeć całej Pocahontas (to nastąpiło dopiero jakoś przed maturą). Oczarowana cudownym śpiewem Pocahontas, pragnęłam jak John Smith pobiec za nią w głąb tej kolorowej indiańskiej puszczy, poznać wszystkie jej uroki i tajemnice.
Zresztą, pragnę tego do dziś.


Daft Punk – One More Time

Przy pierwszym spotkaniu z tym teledyskiem byłam już nieco starszym szkrabem, ale jednak wciąż szkrabem. W tym czasie lubiłam oglądać telewizję, głównie kreskówki, telezakupy i programy muzyczne. Tak trafiłam na teledysk One More Time. To było coś! Po raz pierwszy widziałam, żeby muzyce nie towarzyszył „film z prawdziwymi ludźmi”, ale kreskówka! Co więcej, była to kreskówka naprawdę ładna i kolorowa, a do tego muzykami byli niebiescy kosmici! Choć twórczość Daft Punk ogólnie określa się jako nowatorską, dla takiego dzieciaka jak ja był to totalny kosmos.


Daft Punk – Get Lucky feat. Pharrel Williams & Nile Rodgers

Ten kawałek pojawił się nagle, i równie nagle znalazł się wszędzie. Jest mi więc trudno określić, kiedy usłyszałam go po raz pierwszy. Mogę jednak powiedzieć, kiedy i gdzie po raz pierwszy usłyszałam – i zobaczyłam – go świadomie – na jednej wyjątkowej domówce, gdzie muzykę puszczano razem z teledyskami.
Gdy zaczęło się Get Lucky, akurat siedziałam w fotelu z kolejnym piwem, tuż przed telewizorem. W miejscy idealnym, żeby zobaczyć sam początek teledysku - animację kosmosu. Trochę poczułam się wtedy jak ten mały szkrab, który równie uważnie śledził początek teledysku One More Time. Zanim jednak zdążyłam coś z tym skojarzeniem zrobić, kosmos zniknął, a zamiast tego ujrzałam wykonawców piosenki - dwoje z nich okazało się być robotami. Szczyt szczęścia!
Ale czy mogłam mieć szczęścia na tyle, by okazało się, że te cudne roboty mają coś wspólnego z "kosmicznym teledyskiem" z mojego dzieciństwa?
Jak się okazało kilka godzin później, mogłam - i wtedy zaczęło się szaleństwo. Które trwa zresztą do dzisiaj. Ale to już temat na kiedy indziej.


Kygo – Stole The Show feat. Parson James

Co już przy pierwszym obejrzeniu teledysku zwróciło moją uwagę, to że samo brzmienie muzyki (nie wgłębiając się nawet w tekst) idealnie pasowało do klimatu obrazu. Jednak, choć bardzo lubię tę piosenkę, w samym klipie najbardziej cenię postaci astronautopodobnych obcych. Przez zachowanie i sposób bycia są tak różni od otaczających ich ludzi; inni na swój własny, rozczulający sposób, który tworzy z nich cudowną parę. Zwłaszcza pod koniec, gdy łączą się w swym dziwnym tańcu, przez moment zachwycają się różą, a potem po prostu stoją, obejmując się i komunikując w tylko sobie znany sposób.
Zastanawia mnie też jedna rzecz, ukazana bodajże TU. U dołu pleców obcego widać zaczepioną o paski różę. Tak ładnie tam wisi, wątpię, by sam dał radę ją tam umieścić. Żałuję więc, że w teledysku nie ma ujęcia pokazującego, jak ktoś z imprezowiczów pomaga mu ją tam przyczepić – byłaby to nadzwyczaj urocza scena.


Zwiastun Assassin's Creed: Unity

Mówiąc najkrócej – dla mnie to klip idealny, i to pod każdym względem. Po pierwsze, animacja jest bardzo płynna i realistyczna, co mimo całej tej technologii dla mnie nadal jest szokiem. Po drugie, piosenka Lorde pasuje do niego pod każdym względem, i treścią, i klimatem, w jakim jest utrzymana. Po trzecie, obraz jest bardzo dynamiczny i rytmem idealnie dopasowany do muzyki, która podkreśla przejścia i kluczowe ujęcia. A po czwarte, pointa ukazanej walki jest rozbrajająca.


Assassin's Kittens Unity


Mogłabym napisać o walorach artystycznych, o rytmicznym obrazie, o cudownej muzyce... Tylko po co, skoro wiadomo, że na pierwszym miejscu i tak są te urocze, zakapturzone kociaki...

sobota, 25 lipca 2015

TOP bohaterki

Odpowiedź na poprzedni post. To samo kryterium, te same zasady. Tylko tym razem panie.

3. Granat (Steven Universe)


Granat jest tajemnicą. W danym momencie serialu wiemy o niej tylko to, co konieczne, i ani grama więcej. A z każdą kolejną odkrytą tajemnicą pogłębia się tylko wrażenie, że jeszcze nie poznałam najważniejszego.
Granat jest harmonią. Idealnym wyważeniem opanowania i brutalnej siły. Porywczość nigdy nie bierze góry nad rozsądkiem, ani na odwrót. Zawsze jest w zgodzie ze sobą – bez tego nie może istnieć.
Granat jest miłością. Samo jej istnienie jest żywym symbolem ukojenia i spełnienia, jakie daje głęboka relacja z drugą osobą.
Granat jest siłą. Nie dlatego, że ma niesamowity prawy sierpowy, ale dlatego, że zdecydowała się być silną. Brzmi absurdalnie. Kiedy jednak ona o tym opowiada, czuć, że naprawdę każdy może być tak silny jak ona.


2. Bridget Jones (Dziennik Bridget Jones)


Gdy śledzę jej przygody, czuję się, jakbym spoglądała na siebie w lustrze. To samo roztrzepanie, niezdarność, kompletny brak wyczucia... Tak, pod tymi i wieloma innymi względami jesteśmy do siebie bardzo podobne. Sądzę też, że nie jestem jedyna, która identyfikuje się z postacią Bridget. Bo prócz tego, że Jones jest... cóż, po prostu sobą, można uznać ją za symbol typowej kobiety. Dążenie do idealnego piękna i wahanie między skrajną niezależnością a potrzebą bliskości mężczyzny to tylko dwa przykłady wielu problemów, z którymi zmaga się duża część kobiet. Poza tym, Bridget podchodzi do nich w tak ironiczny, pełen dystansu sposób, że nie tylko przeglądam się w jej postaci, ale także znajduję otuchę w zmaganiach ze sobą i światem.


1. Élise de la Serre (Assassin's Creed)


Ideał - tym, w dużym skrócie, jest dla mnie Élise. Choć nie zawsze się z nią zgadzałam, i tak uosabia wszystkie cechy, które chciałabym widzieć u siebie. Jest uważana za piękną w dojrzały, kobiecy sposób (a w pewnym wieku bycie po dziewczęcemu słodką czy uroczę jest już czymś prawie najgorszym na świecie); potrafi walczyć, w każdym tego słowa znaczeniu (nie da się zastraszyć ani słowem, ani mieczem); jej odwaga i porywczość, choć ostatecznie ją zgubiły, pozwoliły jej wiele osiągnąć. Słowem - kobieta walcząca. I niezwykle skryta. A to, niestety, na ten moment jedyna cecha, która nas łączy.

piątek, 17 lipca 2015

TOP bohaterowie

Choć lista wygląda niepozornie, tworzenie jej było nie lada wyzwaniem. Głównie dlatego, że gdybym miała wypisać wszystkich ulubionych fikcyjnych postaci (i to tylko płci męskiej!), nikt z czytających nie dotrwałby do końca. Musiałam wybrać tych kilku najważniejszych.
Gdyby to było takie proste!
W porę przypomniały mi się słowa jednego z moich wykładowców – książki (w tym wypadku ogólnie opowiadane historie) uczą nas, jak żyć. Ja się z tym absolutnie zgadzam. Filmy, książki, gry przedstawiają konkretne postaci w konkretnych sytuacjach. Analiza ich postaw i działań uczy równie dobrze jak poznawanie doświadczeń realnych ludzi.
I tym kryterium posłużyłam się tworząc tę listę. Wybrałam czterech bohaterów, którzy przeprowadzając mnie przez historię, otworzyli oczy na wiele spraw, a także dali pociechę.


3. Altaïr ibn La'Ahad (Assassin's Creed)


Altaïr jest bardzo dynamiczną postacią, co lubię w nim chyba najbardziej. Niektóre zdarzenia sprawiały, że zmieniał się o 180 stopni. Czasem niosło to za sobą katastrofy, czasem wręcz przeciwnie. Jego przykład pokazuje, jak łatwo można zboczyć z właściwej drogi, a jednocześnie udowadnia, że nikt nigdy nie jest do końca stracony.
Zagłębiając się w grę i książki (nawet kilkakrotnie) zdążyłam poznać go naprawdę dobrze. Pojawiało się wiele sytuacji ukazujących jak wiele kontrastów kryje w sobie jego postać. Altaïr, wojownik, który bez mrugnięcia okiem stawał przeciw oddziałowi templariuszy, zadrżał gdy ukochana kobieta wspomniała, że kiedyś była mężatką (inna historia, jak próbował zaskarbić sobie jej przychylność – taki upór i niewrażliwość na, lekko mówiąc, niechęć drugiej osoby jest godny podziwu).
Moją uwagę zwrócił także często podkreślany w książce szacunek Altaïra do ksiąg, wiedzy i intelektu. W trakcie niekończących się potyczek i walk trudno było zauważyć, jaką mądrość ma w sobie jego postać. Nie chodzi mi tylko o wiedzę czysto naukową. Bardziej imponujące jest to, że dostrzegł przewagę słowa nad mieczem – dzięki zdrowej dyskusji nie raz zapobiegł rozlewowi krwi.


2. Ex aequo Ezio Auditore (Assassin's Creed) i Edward Elric (Fullmetal Alchemist)
Nie potrafię racjonalnie wyjaśnić, dlaczego obaj zasługują na drugie miejsce. Tak po prostu jest. I już.


Życie Ezio, podobnie jak Altaïra, było bardzo szczegółowo opowiedziane. W tej kwestii najwięcej zawdzięczam książkom – zawierają wiele przemyśleń Ezio, których w grze nie sposób było przekazać. Pozwoliło mi to spojrzeć na pewne aspekty jego osoby w nieco inny sposób. Aspekty, z których niektóre mnie są bardzo bliskie, przez co nie mogę nie postrzegać Ezio jako pokrewnej duszy. Szczególnie rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy – samotność, jaką mimo wszystko Ezio odczuwał przez większość życia oraz wewnętrzny konflikt między obowiązkiem wobec dobra ogółu a pragnieniem własnego szczęścia. Wygląda to dość pesymistycznie, i przez pewien czas takim mi się to wydawało. Jednak tak naprawdę Ezio jest postacią szczęśliwą i niosącą nadzieję – choć czekał długo, ostatecznie udało mu się odnaleźć szczęście i spokój, tym cudowniejsze, że poprzedzał je dobrze spełniony obowiązek.


Co już od początku zauroczyło mnie w Edwardzie, to to, że jak i ja nie jest zbyt wysoki i nie raz dało mu się to we znaki. Jednak to nie jest ważne. Największe wrażenie zawsze robiła na mnie jego odwaga, upór i siła charakteru. Nawet w chwilach największej słabości potrafił podnieść się i pruć dalej przed siebie. To chyba jedyna tak zdeterminowana postać. Wystarczy mi jedna myśl o nim, żeby przypomnieć sobie, jak wiele muszę jeszcze nad sobą pracować i, tym samym, znaleźć siłę żeby ruszyć się z miejsca.


1. Ender Wiggin (Saga Endera)

Myślał inaczej. I, co ważniejsze, nie bał się tego. Nigdy nie ograniczał się do schematów. Ba, jego największe zwycięstwa oparte były na celowym ich przełamywaniu. To samo tyczy się spojrzenia na wszystkie istoty myślące – nie bazował na stereotypach czy pogłoskach. Uparcie dążył do sedna prawdy o każdej napotkanej istocie, i bez względu na to, jaka by ona nie była, nigdy nikogo nie skreślał. Jego empatia, wyrozumiałość i cierpliwość przy wysłuchaniu nie miały granic. Anioł, nie człowiek. Zwłaszcza w zderzeniu z dzisiejszą mentalnością.

czwartek, 25 września 2014

Whistle, baby

Bo gwizdanie na żołnierzy już nie raz zapewniło mi powodzenie misji.

- Mistrzu, z całym szacunkiem, ale jestem już gotów, by zostać pełnoprawnym członkiem zakonu. Zgłębiłem sens naszego credo, respektuję je i egzekwuję w każdym moim czynie i słowie. Poza tym poczyniłem znaczne postępy w walce i nauce, co może...

- A umiesz gwizdać?
- Nie...
- W takim razie nie jesteś jeszcze prawdziwym asasynem.


poniedziałek, 1 września 2014

Biegnę pędzę lecę

Dzień jak co dzień - ja siedzę w kuchni i obieram ziemniaki, Tościk męczy AC: Black flag na konsoli.
- Siostra, chodź tu, szybko!
- Po co?
- Poluję na rekiny - musisz to zobaczyć!
- Teraz nieee... Ziemniaki obieram.
- Ale mam HARPUN!
- Nie chce mi się wstawać.
- Edward jest bez koszuli.
- ... Trzymaj tego rekina, już biegnę!


środa, 16 października 2013

Jeden oddech

Znowu Altair i Malik. Tym razem dla Quentina - pomimo tego, że spoileruje i dopuściła dziś do zwycięstwa Templariuszy  c ;


Już kiedy tylko otworzyłem po przebudzeniu oczy wiedziałem, że ten dzień źle się skończy. Niejasne, podświadome przeczucie jak kamień w bucie uparcie uwierało moje myśli. Wolałem jednak nie dzielić się tym z tobą – trudna podróż i ponura wizja tego, co czeka nas na jej końcu już i tak wystarczająco psuła atmosferę. Ośmieliłem się więc tylko zasugerować, żeby zjechać z traktu.
- Nie chciałem ci nic mówić, ale wydaje mi się, że już od dwóch dni szwendamy się po ich terenie, więc jeśli coś ma się stać, to już i tak nic na to nie poradzimy – tak mi odpowiedziałeś.
I rzeczywiście, miałeś rację – coś się stało.
Zagonili nas nad samą krawędź klifu. Serce nieco mi zadrżało, gdy zdałem sobie sprawę, że parę kroków za mną jest stroma przepaść, w której burzyła się groźna kipiel, nieustannie atakująca falami skalną ścianę. Jednak chociaż ja przez moment szczerze się bałem, a ty wciąż nie do końca radziłeś sobie z walką bez jednej ręki, jakoś udało nam się zdobyć przewagę. Potyczka ta pewnie zakończyłaby się naszym sukcesem, gdyby tylko ten osiłek z mieczem dwuręcznym rzucił się na mnie, a nie na ciebie.
Wybacz, Maliku, ale według mnie nie miałeś z nim szans – dlatego się wtedy podłożyłem pod jego ostrze.
Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się sparować ten cios. Jednak tę chwilę nieuwagi wykorzystał inny rycerz i jego ostrze z mocą liznęło mój bok. Zachwiałem się. Próbując utrzymać równowagę, zrobił krok w tył. Niestety, zamiast oparcia, moja stopa znalazłam tylko pustkę.
Spadłem. A zanim przykryły mnie fale, słyszałem jeszcze twój krzyk.
Myślałem, że to już koniec. Kiedy nie miałem już siły walczyć z falami, woda coraz głębiej brała mnie w lodowate objęcia. Było tam tak cicho, tak spokojnie. Już przestałem myśleć o tym, że brakuje mi powietrze. Nagle strasznie zachciało mi się spać. Na wpół przytomny zamknąłem oczy i czekałem, aż będę mógł zakopać się w piasek i zasnąć tam w dole, na dnie...
Z letargu wyrwało mnie nagłe szarpnięcie za kołnierz. I dotyk. Dotyk ciepłych warg na moich ustach. W cudowny sposób tak bardzo różnych od otaczającej mnie masy chłodu. W jednej chwili z całych sił zapragnąłem przeżyć choćby tylko po, by przekonać się, od kogo dostałem tyle ciepła.
To byłeś ty. I pewnie nie zdajesz sobie nawet sprawy, że tym jednym przekazanym mi oddechem dałeś mi coś więcej, niż tylko życiodajne powietrze. Coś o wiele cenniejszego.
Teraz siedzimy już na brzegu – mokrzy i wykończeni. Pomagasz mi opatrzyć draśnięty bok i krzyczysz na mnie za to, że jak ostatni głupek rzuciłem się robić ci za żywą tarczę. Beształeś mnie z taką pasją, jakbyś wcale nie rzucił się zaraz za mną wysokiego na dobrych dziesięć metrów klifu prosto do targanego wichrem morza, gdzie przy stanie liczebnym twoich kończyn nawet i bez holowania mnie za sobą miałbyś marne szanse wyjść z tego cało.
Chętnie bym ci to wygarnął. Ale nie zrobię tego. Nie przyznam się także, że wciąż czuję na ustach twój ciepły dotyk; że zastanawiam się, jak twoje wargi smakowałyby teraz – sine i rozedrgane od zimna; że tak jak ty przekazałeś mi pod wodą ten jeden oddech, w taki sam sposób ja teraz podziękowałbym ci za niego.

Oczywiście, nie powiem ci tego. Tym bardziej nie zademonstruję. Ani teraz, ani nigdy. W końcu pomimo wszystkich wcześniejszych przeciwności, znowu jesteśmy sobie braćmi. A brat bratu takich rzeczy nie mówi.  




Inspiracja:



Hm, jak tak dalej pójdzie, napiszę opowiadania na podstawie wszystkich napotkanych fanartów!

sobota, 12 października 2013

Biała śmierć

Pomysł na to opowiadanie przyszedł mi właściwie już w gimnazjum - niedługo po tym, jak zaczęłam pisać Ezioladę. Nie wiem więc, czemu napisałam je dopiero teraz. Dedykuję je mojemu osobistemu Malikowi i Agatce, którą udało mi się zarazić ezio- i leomanią. Na Quentina za to czeka książka, którą dostałaby już dziś, gdyby pojawiła się na matmie...

Tegoroczna zima nie należała do najsroższych. Nawet tu, w Alpach, temperatura nie spadała niżej niż do kilku stopni na minusie. Była akurat odpowiednia, by cieniutka śniegowa pierzynka mogła utrzymać się na dachach, polach, pagórkach i ogołoconych drzewach. Bo choć niebo już od paru tygodni było zasnute mlecznymi chmurami, aż do dzisiaj nie przybyło nawet jednego płatka śniegu. Więc jak okiem sięgnąć, wszędzie wokół panował spokój, cisza i biel.
Ezio nieco spochmurniał na myśl, że będzie musiał umrzeć w akurat tak udany dzień.
Spojrzał w dół – górka, na której stał, nie była wysoka, ale z tej perspektywy wydawała się niezwykle stroma. I niebezpieczna. Wrażenie to potęgowały rosnące u jej stóp drzewa i czyhające pod śniegiem wyboje.
Nagle zjechanie w dół na zbitej przez Leonarda pomniejszonej wersji sań wydało mu się kompletnie nietrafionym pomysłem.
- Jesteś pewien, czy to wypali? - spytał niepewnie, kiedy przyjaciel kazał mu usiąść na swoim wynalazku.
- Przekonamy się, gdy zjedziesz – odparł z roztargnieniem, wzruszając ramionami.
Jeszcze tego ranka na to samo pytanie odpowiedział zupełnie inaczej – i bardziej optymistycznie.
- To jak, gotowy? - spytał wynalazca, kiedy skończył ostateczny przegląd.
Ezio nerwowo pokręcił głową.
- Nie, oczywiście, że nie jestem...!
Leonardo go popchnął.
I sanki ruszyły.
Czas zdawał się stanąć w miejscu, gdy płozy powoli nachylały się do pionowego spadu. Zaraz jednak czas znów ruszył, i to z podwójną prędkością. Sanki z głośnym świstem pruły przez puszysty śnieg, który wzlatywał prosto na twarz Ezia. Spod przymrużonych powiek asasyn dostrzegł tylko zbliżające się z zawrotną szybkością drzewa.
Szczęście w nieszczęściu, ale w tym momencie do akcji wkroczył jeden z wybojów. Sanki gwałtownie zatrzymały się na nim, a Ezio z rozpędu wyleciał w powietrze. Przez cudownie rozciągnięty ułamek sekundy szybował jak orzeł, jednak zaraz z głuchym okrzykiem zwalił się na ziemię.
Kiedy Ezio znów otworzył oczy, z paniką stwierdził, że chyba rzeczywiście zginął. Gdy jednak na jego twarz opadł jeden, drugi, trzeci płatek śniegu, zdał sobie sprawę, że zasnuwająca mu oczy biel, to tak naprawdę tylko zachmurzone niebo.
Wtedy do jego uszu dobiegł krzyk i trzeszczenie śniegu pod butami. Uniósł głowę. Uśmiechnął się z nutką satysfakcji, gdy dostrzegł krzyczącego Leonarda, który na złamanie karku biegł w dół górki, co parę kroków lądując na śniegu.
- Mio Dio... - jęknął Ezio, próbując się podnieść. Wstawał pokracznie jak wiekowy starzec z osteoporozą trzeciego stopnia. Wbrew temu, co obiecywał mu Leonardo, śnieg wcale nie złagodził upadku. Kości – od kości ciemniowej po małe paliczki – bolały go jak wszyscy diabli. Dlatego, gdy opierając się o drzewo udało mu się wyprostować, spojrzał w niebo i stwierdził, że tego udanego dnia spotkały go aż dwa cudy.
Po prawie miesiącu ciszy znów zaczął prószyć delikatny śnieg.
No i, co istotniejsze, jednak przeżył.


wtorek, 30 lipca 2013

Nieszczęścia chodzą trójkami

Mały triumf - w końcu udało mi się dorwać w bibliotece "Assassin's Creed: Tajemna krucjata" Olivera Bowdena! Choć na razie czeka ona na odpowiedni moment, jakim będzie długa podróż na wschód, moja radość jest wielka i z tej okazji zmobilizowałam się do przepisania, dopisania i poprawienia czegoś, co można chyba określić mianem średnio spójnego opowiadania fanfiction o bliżej nie określonej konstrukcji. Tym razem w roli głównej mój ulubiony duet - Altair i Malik.

Schemat był prosty. Każdy pobliski przechodzień w końcu musiał zwrócić uwagę na ten duet z koniem. Po tym owy przechodzień, zaszokowany faktem wprowadzenia zwierzęcia w wąskie uliczki, momentalnie milknął i przezornie odskakiwał pod samą ścianę. Gdy dziwni podróżni już go minęli, od razu przyłączał się do głośnych protestów reszty uczestników ruchu.
Z wysokości końskiego grzbietu Malik idealnie widział odbywający się wokół nich cały ten spektakl. Nigdy w życiu nie czuł się chyba tak głupio, jak teraz. Pewnie dlatego, że nigdy wcześniej nie jechał konno środkiem miasta.
I to jeszcze w dzień jarmarku...
Z całych sił starał się być ponad to. Zadarł do góry głowę i uparcie patrzył wprost przed siebie. Mimo to i tak na przemian rumienił się i bladł, kiedy tylko do jego uszu dochodziły oburzone krzyki.
A Altair, prowadzący nieszczęsnego konia za uzdę, beztrosko przepychał się przez tłum.
- Zostawmy gdzieś tę chabetę, dopóki nie jest za późno – warknął do niego Malik, gdy napotkał groźne spojrzenie przechodzącego strażnika.
- Czemu niby? - spytał niewinnie Altair. - Mamy do przebycia całe miasto. To zajmie nam z pół dnia. Zwłaszcza w tym tłumie – jeszcze byś się gdzieś po drodze zgubił...
- A żebyś się nie zdziwił – burknął Malik, już przerzucając nogę nad siodłem.
- Tylko dotknij stopą bruku, a dotarcie na drugą stronę miasta będzie twoim najmniejszym problemem.
Klnąc pod nosem, Malik z ociąganiem wrócił do wcześniejszego siadu na siodle. Altair nie skomentował tego, jedynie zerknął przez ramię by sprawdzić, czy jego groźba poskutkowała.
- Idiota – fuknął na niego Malik, starając się włożyć w to jedno słowo jak najwięcej niechęci. Mógł jednak przysiąc, że w tym momencie dostrzegł na towarzysza przelotny, aczkolwiek szczery uśmiech.

* * *

Było blisko. Stanowczo zbyt blisko. Wystarczyłoby, że pomost byłby choć o parę centymetrów węższy, a rybi ogon świeższy i jeszcze bardziej śliski. Wtedy Altair bez wątpienia wylądowałby w morskiej kipieli...
Ale na szczęście tak się nie stało. Asasyn jak długi leżał na pomoście, kurczowo trzymając się nieco wypaczonych desek. Nie mogąc otrząsnąć się z chwilowej paniki, dyszał ciężko i tępo wpatrywał się w latające wysoko na niebie mewy.
Dopiero pochylona nad nim twarz Malika wyrwała go z myśli o ledwie unikniętej katastrofy.
- Nie masz chyba zamiaru leżeć tu cały dzień? - spytał, nawet nie starając się ukryć złośliwego uśmiechu. - Jeżeli nie chcesz iść dalej, w drodze ostateczności możesz obrócić się na brzuch, powoli doczołgać do brzegu i dla zabicia czasu poszukać skonfiskowanego przez straże konia...
- Nie – uciął ostro Altair, ostrożnie podnosząc się z desek. Kiedy upewnił się, że w pobliżu nie ma już żadnych stwarzających zagrożenie rybich odpadków, stanął pewnie na nogach i bez cienia strachu spojrzał przed siebie, by ocenić jak długa droga jeszcze ich czeka. A gdy zdał sobie sprawę, że statek kupiecki stoi przy samym końcu pomostu, zemdliło go.
- Ja nie prosiłem cię o pomoc przy odebraniu towarów. Nie obrażę się, jeżeli zawrócisz i zaczekasz na mnie na stałym lądzie – znów wyszczerzył się Malik, widząc pozieleniałą twarz towarzysza. W odpowiedzi Altair tylko mocniej zacisnął szczęki i przecząco pokręcił głową.
- Jak wolisz – zaszczebiotał Malik. - Ale ja nie będę rzucał się do wody na ratunek, jeżeli ta spróchniała deska zarwie się pod tobą...
- Która... Która deska?!
- Żadna. Tylko żartowałem, uparty ośle.

* * *

Słysząc na dachu kroki, Malik nie bez zdziwienia poderwał głowę znad mapy. Tak wczesnym rankiem nikt nigdy nie zachodził do jego biura. Nikt, oprócz...
- Pokój z tobą, Maliku!
Tak. Altair był jedyną osobą, która odwiedzała go w najmniej odpowiednich momentach.
Zmęczony całonocną pracą, Malik tylko machnął na odczepnego bolącą od pisania ręką i mruknął pod nosem coś o zamykaniu na noc kraty na dachu. Altaira jednak wcale nie zraziło to dość chłodne powitanie. Bez żadnych wstępów podszedł do kontuaru i rzucił na niego sporych rozmiarów podłużny pakunek, który zasłonił całą mapę.
- Co... to jest? - niepewnie spytał Malik, przyglądając się tej dość marnie zapakowanej plątaninie papieru i płótna.
- To jest prezent – prosto wyjaśnił Altair.
Malik ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Czyli mam rozumieć, że opóźniłeś swój pilny wyjazd – bo miałeś rozkaz wyruszyć do Masjafu już wczoraj, jeżeli pamiętasz - tylko po to, że przytaszczyć do mnie to... Znaczy, ten prezent, który jest, właściwie nie wiem, za co? - upewniał się. Gdy Altair znów przytaknął, Malik tylko wzruszył ramionami i zabrał się do rozpakowywania.
Po rozwinięciu materiału już podejrzewał za co.
- To... miecz dwuręczny – wycedził przez zaciśnięte ze złości zęby.
- Ofiarowany z wdzięczności za uroczy spacer na pomoście – dodał Altair z kamienną twarzą, rozwiewając wszelkie wątpliwości przyjaciela.
Czerwony z gniewu, Malik spojrzał na niego spod ściągniętych brwi.
- Myślisz, że jesteś zabawny?
- Ależ skąd! Po moim wyjeździe znów sam będziesz musiał oporządzać pocztę. Ostre ostrze spokojnie możesz wykorzystać jako nóż do kopert, który zdecydowanie przyśpieszy pracę – z kamienną twarzą odpowiedział Altair. - Widzę, że już nie możesz doczekać się zrobienia z niego użytku, więc nie będę ci już dłużej przeszkadzać. Trzymaj się, bracie!

I wyszedł. A w ślad za nim z biura wyleciał na szczęście tylko świeżo napoczęty kałamarz.

sobota, 29 czerwca 2013

Falstart

Takie tam, jeden z przerywników w "poważnej pracy", pisany w trakcie nudnych lekcji z wystawianiem ocen. Bo na nudę nie ma nic lepszego, niż fanfik AC II!


 Grzmot huknął właściwie znikąd.
Ezio gwałtownie poderwał głowę znad książki. Dopiero gdy oderwał się od lektury i po chwili wrócił do rzeczywistości zdał sobie sprawę, że owa burza to tylko trzask łamanych gałęzi.
Trzask! I jeszcze jeden. I kolejny.
Uważnie rozejrzał się po ogrodzie. Wszystkie krzaki i rabatki zachowywały się nadzwyczaj spokojnie. Niebo, zlustrowane tak na wszelki wypadek, okazało się zupełnie bezchmurne. Jedynie korona samotnego kasztanowca trzęsła się podejrzanie, zrzucając co jakiś czas liście, niedojrzałe kasztany...
...i purpurowy beret.
Ezio odłożył książkę i z westchnieniem podniósł się z ławki. Powoli szedł w stronę drzewa, a im bardziej się zbliżał, tym wyraźniej słyszał szelest liści, trzeszczenie gałęzi i fantazyjne wiązanki przekleństw.
To, co ujrzał za rozchylonymi gałęziami, wcale go nie zaskoczyło. Leonardo, który najwyraźniej jeszcze go nie dostrzegł, wisiał głową w dół, zaplątany w resztkach czegoś, co kiedyś mogło być skomplikowanym modelem lotni w kształcie nietoperzych skrzydeł. Rzucał się jak ryba na wędce, klnąc przy tym nie jak słynący z nienagannych manier artysta, ale jak opity rumem marynarz.
Żeby w końcu zwrócić na siebie uwagę, Ezio odkaszlnął cicho. Malarz w jednej chwili zamarł.
- Ooo, witaj, przyjacielu – pozdrowił go Ezio nadzwyczaj beztroskim tonem. - Mógłbym powiedzieć, że nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać, ale cóż... To byłoby nieprawdą...
Leonardo nie odpowiedział. Uparcie milczał, z kamienną twarzą patrząc na asasyna. Zresztą jakiekolwiek wyjaśnienia i tak były zbędne – obecne położenie, rumieniec na policzkach i nie jaki błysk paniki w oczach mówiły same za siebie.
- Choć pogoda wciąż upalna, jesień jest tuż-tuż – ciągnął Ezio, podnosząc z ziemi beret. - Kasztanowiec został nam już tylko jeden, ale za to jaki! Dzieciaki aż do samej zimy nie uzbierają tych wszystkich kasztanów, które spadną. A kto wie, czy jeszcze co innego z drzewa im nie zleci.
Ezio niespodziewanie wyjął z cholewy buta nóż i rzucił między gałęzie korony drzewa. Lina pękła, gałęzie trzasnęły i Leonardo z głuchym łoskotem spadł na ziemię.

- Błagam, już nigdy więcej nie próbuj latać – westchnął Ezio, troskliwie zakładając siedzącemu już artyście beret na głowę. - Bo wiesz – kasztanowca szkoda...


Inspirowane: