Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie Kiedyś przeczytam 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie Kiedyś przeczytam 2016. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Pamiętnik znaleziony w wannie"



Okładka jest bardzo charakterystyczna. Bardzo, choć na tym zdjęciu i tak nie widać pełni głębi różowej barwy. Skłamałabym nie przyznając, że to ten ekscentryczny kolor skłonił mnie do sprawdzenia co kryje się wewnątrz. A krył się Pamiętnik znaleziony w wannie Lema.
Pan Stanisław fascynował mnie już od podstawówki, kiedy to przeczytałam Bajki robotów. Następne było Solaris pochłonięte w liceum. Wtedy dopiero poznałam się na prawdziwym geniuszu tegoż pisarza – poznanie nie szło jednak w parze ze zrozumieniem.
I tak, jak na razie, zostało do dziś.
Ale wróćmy do Pamiętnika.
Książkę można podzielić na dwie części. Zacznę od drugiej, czyli tytułowego pamiętnika. To zapis losów mężczyzny, który dostał wezwanie stawić się w wojskowym Gmachu. Nie wiemy, w jakiej sprawie. On zresztą też nie. I na tym polega cały problem – czas leci, mężczyzna kręci się w labiryncie korytarzy i gabinetów i próbuje zrozumieć tajemnicze sygnały od spotykanych wojskowych. Pierwsza część książki jest wstępem do tegoż pamiętnika, napisanym kilka stuleci później przez znalazców zapisków. Wstęp ma przybliżyć czasy, w których żył i pisał właściciel pamiętnika.
Jak przystało na prozę Lema, nie do końca ją zrozumiałam, a na pewno nie na wszystkich płaszczyznach. Pierwszym, nieodłącznym skojarzeniem z wszelką sztuką tego okresu (książka powstała w 1961), jest oczywiście krytyka PRL. Tym właśnie była dla mnie podróż bohatera po Gmachu. Rzesza biurokratów i służbistów na absurdalnych stanowiskach atakuje bohatera coraz to bardziej sprzecznymi informacjami. Nikt nic tak naprawdę nie wiem, każdy mówi szyframi i zagadkami – bo nikt nikomu nie ufa, w końcu każdy może być szpiegiem... Nawet oni, słudzy Gmachu, czuli się zamknięci, zaszczuci, wiecznie obserwowani i podejrzani.
Wstęp swym znaczeniem sięgnął trochę dalej. Pisany z perspektywy dalekiej przyszłości, był bardzo ciekawym zdystansowanym spojrzeniem na czasy współczesne. Parafrazując, kapitał (oryginalna pisownia Kap-Eh-Thaal) to swego rodzaju bóstwo czczone przez wybranych kapłanów w świątyni Pentagon. Brzmi absurdalnie, prawda? Bo i może tak właśnie jest? Sprawy dziś dla nas śmiertelnie ważne za jakiś czas będą wydawać się śmieszne i nieistotne. Może więc nie ma sensu podchodzić do wszystkiego aż tak poważnie.
To tylko wycinek z tego, co chciałam w tej lekturze zobaczyć. To ledwie wierzchołek góry lodowej, która najprawdopodobniej może nie mieć pokrycia z intencją autora. Nie mniej to, co w niej dostrzegłam, naprawdę mnie poruszyło.
Szczególnie niewspomniane jeszcze opisy przestrzeni Gmachu – klaustrofobicznych, surrealistycznych, a jakże plastycznych… Godne filmowego odzwierciedlenia, tak że zaklepuję już prawa do adaptacji. Nadziei więc już nie ma, ale mimo to polecam lekturę wszystkim, którzy mają ochotę na odrobinę intelektualnego wysiłku w odrealnionym świecie.

PS Kiedyś słyszałam, że jednym z najbardziej inspirujących pisarzy dla Jacka Dukaja jest właśnie Stanisław Lem. W tej Pamiętniku rzeczywiście można było to dostrzec – szczególnie w tendencji obu panów do używania terminu urękawiczony.

niedziela, 28 lutego 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Wenecja Vivaldiego" Laurel Corony

Na wstępie chciałam wyjaśnić brak jakiejkolwiek aktywności w zeszłym tygodniu – jest to efekt zbyt wielu czasochłonnych zdarzeń zbyt blisko siebie, żaden brak chęci czy pomysłów na blogową działalność. Była to sytuacja wyjątkowa, za którą przepraszam i której nie planuję powtarzać.



Wenecję Vivaldiego Corony wcisnęła mi w ręce przyjaciółka, z którą często wymieniamy się wszelkimi fascynacjami. Dlatego też trochę bałam się i odwlekałam moment przeczytania tejże książki – bo o ile w kwestii muzyki mamy z przyjaciółką identyczny gust, o tyle z powieściami niekoniecznie tak bywa. Wybierane przez nią lektury często są dla mnie… zbyt babskie. Babska książka to taka, gdzie na pierwszy plan zawsze wysuwa się wątek miłosny, tak wygładzony i do bólu nieprawdopodobny, że nie można nie uznać go za niemożliwą do spełnienia fantazję samej autorki – bo termin „babski” wziął właśnie stąd, że taki obraz miłości pojawia się zwykle w dziełach kobiet (u mężczyzn podobnym objawem jest przeginanie w drugą stronę, kiedy to romans sprowadza się tylko do, łagodnie mówiąc, miłości cielesnej - ale o tym innym razem).
Wenecja Vivaldiego niestety na pierwszy rzut oka zapowiadała się właśnie na taką babską lekturę, zarówno z okładki, jak i z zarysu fabuły. Jest to historia dwóch sióstr, Maddaleny i Chiaretty, wychowujących się w przytułku dla dziewcząt, którego wychowanki słyną jako jednej z najlepszych muzyczek w Wenecji w czasie działalności Antonio Vivaldiego.
Brzmi groźnie. Przynajmniej dla mnie. Miło było więc się przekonać, że pierwsze wrażenie okazało się nietrafione.
Osią całej książki są żywoty wspomnianych sióstr. I tym właśnie jest ta opowieść – zapisem życia dwóch kobiet, które mimo identycznego startu zawędrowały na dwie różne ścieżki losu. Śledząc losy bohaterek, obserwujemy jak dziewczynki stopniowy zamieniają się w kobiety, jak rozwijają się ich pasje, jak na przestrzeni lat zdobywają doświadczenie i na jego podstawie zmieniają się ich poglądy na świat. Bardzo wnikliwe studium oparte na ciekawej historii.
Pozytywnie oceniam także wydźwięk opowieści. Losy sióstr, choć zaczęły się podobnie, rozbiegły się w dwie zupełnie inne strony. Wynikało to głównie z podejmowanych przez nie decyzji. Wyłania się z tego jednoznaczny wniosek, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w głównej mierze od nas samych. Żadna z bohaterek nigdy też nie polegała na samym szczęściu – walcząc o swoje marzenia i pasje, nieraz podejmowały się wręcz heroicznych wyczynów nie zważając na ewentualne konsekwencje. Gdy bardzo na czymś im zależało, nie liczyły na łut szczęścia, ale zawsze swoimi działaniem starały się temu szczęściu pomóc.
Jednak choć lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, znalazło się kilka szczegółów, które przyjęłam z lekkim zgrzytem. Jak wcześniej pisałam, historia toczy się niemal od narodzin do śmierci sióstr – przez tak rozpięte ramy czasowe, wiele ciekawych wątków zostało sprowadzonych do roli tła. Z jednej strony mnie to rozczarowuje – brakowało mi wielu szczegółów z historii muzyki tamtego okresu, zwłaszcza, że muzyka sama w sobie odgrywała bardzo ważną rolę; nieraz autorka odwoływała się do tajemnicy tożsamości rodziców sióstr, nigdy jednak nie dostajemy odpowiedzi na postawione w książce pytania. Z drugiej strony jednak pasuje to do konwencji – w końcu tak to już w życiu bywa, że coś się zaczyna i nigdy nie zostaje doprowadzone do końca, większość tematów nie zostaje nigdy zgłębionych do końca.
Ciężko było mi też przechodzić przez opisy muzyki, jej brzmienia. Choć wielu kompozytorów w swoich utworów maluje pewne obrazy czy nawet opowiada całe historie, nie działa to w drugą stronę. Można opisać coś muzyką, ale trudno jest opisać muzykę. Dźwięk jest dla mnie czymś zbyt abstrakcyjnym, by w pełni wyrazić go słowami. Nie mniej jednak jeśli ktoś nie podziela takich poglądów jak moje, poetyckie i zarazem bardzo dokładne opisy autorki na pewno sprawią, że czytelnik będzie w stanie niemal usłyszeć tę opisywaną muzykę.

Ostatecznie więc określiłabym tę książkę jako jedną z tych, które niewątpliwie sprawiły mi przyjemność, ale pozostawiły jakiś niedosyt. 

sobota, 23 stycznia 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Turniej w Gorlanie"

Link do postu o wyzwaniu Kiedyś przeczytam TUTAJ


John Flanagan – Zwiadowcy, wczesne lata. Turniej w Gorlanie

Tu chyba powinnam wstawić zdjęcie książki… Ale zwróciłam ją bibliotece, nim o tym pomyślałam. Mam więc nadzieję, że ten brak zostanie zapomniany.

Z panem Flanaganem znamy się nie od dziś. Nasza przyjaźń zaczęła się w 2009 roku, kiedy to pojawiło się pierwsze wydanie polskie Zwiadowców. Wtedy jeszcze wiodłam szczęśliwe życie na łonie szkolnej biblioteki, głodna każdej nowości na półce z tabliczką Fantastyka. Zwiadowcy to jedna z tych serii, o których nie zapomniałam po pójściu do liceum i potem dzielnie biegałam po każdy kolejny tom do biblioteki publicznej. Jak widać, biegam tak aż do dziś.
Zwiadowcy, jak sam tytuł wskazuje, opowiadają o przygodach zwiadowców – korpusu niesamowitych łuczników służących królestwu Araluenu. Seria zaczyna się od walki ze zbuntowanym lordem Morgarathem – Turniej w Gorlanie odsyła czytelnika do zdarzeń będących początkiem konfliktu.
To chyba wszystko, co o fabule mogę powiedzieć. Właściwie nawet nie chcę więcej mówić – w tym wypadku sama historia jest dla mnie drugorzędną sprawą. Wszystko tak naprawdę sprowadza się do tych siedmiu lat, spędzonych przy dwunastu – teraz już trzynastu – tomach. Obcując z prozą Flanagana, już nie czuję się jak zwykły czytelnik. To trochę tak, jakbym w teatrze nie siedziała na widowni, ale na scenie z aktorami. Prywatne żarty grona zwiadowców są i moimi żartami; gdy w historii nagle pojawia się sylwetka legendy korpusu, jestem tym równie podekscytowana co sami bohaterami – trochę jakbym sama była częścią tego świata.
Jednak to poczucie przynależności i jedności z książką nie wzięło się znikąd. Jest to zasługą pana Flanagana, tego wszystkiego, co w jego prozie kocham i czego mimo upływu lat wciąż w niej nie brakuje. Przede wszystkim są to dobrze skonstruowani bohaterowie – pełnowymiarowi, bardzo charakterystyczni. Co więcej, dobrani są w takich konfiguracjach, że wspólnie tworzą bardzo ciekawe sieci relacji. W większości sytuacji prowadzi to do wielu zabawnych, niemal skeczowych dialogów, które do dziś sprawiają mi wiele radości.
Ten tom jednak jak jeszcze żaden inny nie przypomniał mi, że jest to jednak proza młodzieżowa. Po tych kilku latach, bogatsza o doświadczenia poważniejszych lektur, nie mogę nie zwrócić uwagi na wręcz za prosty język czy nieco infantylną naiwność historii. W tym wypadku jednak wcale mi to nie przeszkadza. Głównie przez sympatię do bohaterów i wiążącą mnie z nimi długoletnią przyjaźń - miło patrzeć, jak im się w „życiu” powodzi.
Poza tym, jest to bardzo przyjemna odskocznia od wręcz brutalnie wiarygodnej prozy George’a R. R. Martina. O tak, czasem potrzeba takiej odskoczni…



piątek, 8 stycznia 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam

To już drugi raz (pierwszy był TU), gdy podejmuję się wyzwania zorganizowanego przez blog Lustro Rzeczywistości (link do wyzwania TU). Tym razem chodzi o stworzenie listy 12 książek, które od dawna planuje się przeczytać, i które w tym roku już się przeczyta.
Tak więc oto moja niechlubna lista:

John Flanagan – Turniej w Gorlanie (recenzja TUTAJ)
Laurel Corona – Wenecja Vivaldiego (recenzja TUTAJ)
Chris Taylor – Gwiezdne Wojny. Jak podbiły wszechświat?
Bob Thomas – Walt Disney. Potęga marzeń
Dan Brown – Zaginiony symbol
J. R. R. Tolkien – Silmarillion
Paul Wells – Animacja
Stanisław Lem – Pamiętnik znaleziony w wannie (recenzja TUTAJ)
Sara Magdalena Woźny – Tajemnice kawy
Drew Karpyshyn – Darth Bane: Droga zgłady
Suzanne Collins – Trylogia Igrzyska śmierci
Cassandra Clare – Trylogia Piekielne maszyny

Wbrew radom, umieściłam na liście dwie trylogie. Zrobiłam to, bo… po prostu leżały na tej nieszczęsnej półce książek nieprzeczytanych. Robię to w pełni świadomie, gwarantuję, że tylko przeczytam je w odpowiednim czasie.
Prócz zrobienia listy i przeczytania umieszczonych na niej książek, w ramach wyzwania będę także publikować na blogu recenzje przeczytanych tomów. Owe recenzje będą pojawiać się sukcesywnie, przynajmniej raz w miesiącu. Linki do nich będę umieszczać także w tym poście, przy odpowiadających im tytułach. Specjalnie także nie oznaczałam tytułów numerami, tak jakbym z jakiś przyczyn musiała przeczytać je w nieco innym porządku. Niemniej będę starała się zachować podaną tu kolejność.
Tak więc, nie mając już nic więcej do dodania, odmeldowuję się – czeka na mnie kilka książek…


PS Kłamałam, jednak mam coś do dodania – 12 książek to wcale nie tak dużo, więc polecam wszystkim zapoznanie się z postem Lustro Rzeczywistości i przyłączenie się do zabawy!