Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blog. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 września 2016

Co i po co 2.0


Trzeba przyznać – blog ten istnieje nie od dziś. Nawet nie od wczoraj, ani od miesiąca. Jednak w pełni dotarło to do mnie dopiero wprowadzając ostatnie zmiany, kiedy przestudiowałam uważnie całe archiwum. Wtedy też zauważyłam, jak wiele się zmieniło od czasu, gdy pierwszy raz pisałam, o co w ogóle z tym blogiem chodzi.
W pierwszym Co i po co stwierdziłam, że zamierzam pisać o sobie z zamiarem udowodnienia niesamowitości codziennego życia. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to akurat jest aktualne – chcę pisać o tym, co mnie spotyka i kogo spotykam, co oglądam, czytam i w co gram oraz że to wszystko nadal inspiruje mnie, prowokuje do refleksji i własnych ekspresji. Nigdy jednak nie wspomniałam, że założyłam bloga, by dzielić się tym wszystkim z ludźmi i zachęcać ich do takiej samej wylewności. Bo jedną z ważniejszych rzeczy, jakie odkryłam na studiach, to kryjąca się w ludziach niesamowitość. Nie ma nic bardziej fascynującego i ubogacającego jak kontakt z drugą osobą.

Inna sprawa, że wirtualna rozmowa nigdy nie zastąpi mi tej w rzeczywistości. Jednak skoro już dane nam żyć w dobie Internetu, czemu by nie wykorzystać i tego medium do wymiany myśli? To na pewno lepsze niż szerzenie jałowego hejtu.

piątek, 15 stycznia 2016

TOP motywatory do pisania

Im bardziej chce mi się pisać, tym trudniej jest mi się do tego zabrać. Nie, wcale nie dlatego, że nie mam ochoty. Pragnę tego z całego serca! Co jednak, jeśli to akurat ten dzień, kiedy nie będę w stanie sklecić nawet jednego sensownego zdania? Sama myśl o tym skutecznie karze mi odraczać moment zabrania się do pracy. Zaczynam wtedy się zastanawiać – po co mi to? Po co mam pisać? Po co w ogóle coś takiego robić? Czy te nerwy są tego warte?
W takich chwilach zwątpienia na te pytania nie śmiem odpowiadać sobie sama – sięgam za to po jedną z tych rzeczy…


Dwight V. Swan – Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować

Kupiłam tę książkę na początku liceum. Wtedy postanowiłam podejść do pisania naprawdę poważnie. Głównie mądrość czerpałam z portali internetowych dla pisarzy, a następnym krokiem w edukacji miało być właśnie kupno jakiegoś podręcznika. Padło na Warsztat pisarza, który w tym czasie był absolutną nowością. Lektura ta właściwie tylko uświadomiła mi pewne prawidła, które jako bibliofil podświadomie poznałam już podczas czytania powieści. Do dziś lubię od czasu do czasu zajrzeć do książki pana Swana, bo prócz samego uświadomienia, trzeba także systematyzacji wiedzy.


Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika

Druga zakupiona przeze mnie książka o pisaniu. Prócz technicznych prawideł, wpoiła mi też dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, opisane najważniejsze fragmenty z życia pana Kinga uświadomiły mi, jak wiele pracy trzeba wykonać, żeby zostać prawdziwym pisarzem. Paradoksalnie, myśl o tym, jak ja sama mało jeszcze zrobiłam, wcale mnie nie zniechęca, lecz popycha do pracy, żeby jak najszybciej mieć dotrzeć do celu. Po drugie, porównanie literatury do sztuki telepatii utwierdziło mnie w cudowności tej pierwszej – bo jakże inaczej nazwać cud, że w 2014 w Polsce docierały do mnie słowa, które ponad piętnaście lat wcześniej rodziły się w głowie mężczyzny na zupełnie innym kontynencie?! Podobna myśl pojawia się także w Uległości Houellebecqa: „Jedynie literatura pozwala nam na
kontakt z umysłem osoby nieżyjącej w sposób bardziej bezpośredni, pełny i głęboki niż rozmowa z najbliższym przyjacielem; choćby ta przyjaźń była najgłębsza i najtrwalsza, nigdy w rozmowie nie zwierzamy się tak całkowicie jak wobec pustej kartki papieru, pisząc do nieznanego adresata”.


Micheal J. Gelb – Myśleć jak Leonardo da Vinci

Właściwie to ta książka nie motywuje mnie tylko do pisania, ale do… ogólnie wszystkiego. Na podstawie prac Leonarda jak i prac o Leonardzie, Gelb stworzył przejrzysty opis nie tylko stylu pracy Mistrza, lecz także jego spojrzenia na życie i świat. O ciągłej ciekawości świata, czerpaniu z niego inspiracji, doświadczaniu go wszystkimi zmysłami, o zachowaniu harmonii między wszystkimi aspektami życia. Najbardziej jednak w pamięć zapadła mi jedna myśl – przy zachowaniu spokoju i daniu sobie czasu na myślenie, można znaleźć rozwiązanie w każdej sytuacji wydającej się być bez wyjścia. Przy takim podejściu nagle się okazało, że faza planowania tekstu wcale nie musi doprowadzać do szaleństwa…


Isaac Asimov – Ja, robot

Niepozorny tomik opowiadań z robotami w rolach głównych. Niepozorny, jednak od przeczytania pierwszego akapitu wiedziałam już, że to jest mój literacki ideał. Zaspokoiła mnie pod każdym możliwym względem – tematyki, poglądów, stylu, wywołanych emocji… Nikt nie pisze dla mnie tak dobrze o robotach, jak właśnie Asimov. Nie mogę nie myśleć, że tak właśnie chciałabym tworzyć. Dlatego lubię czasami do niego wracać – żeby przypomnieć sobie, co i po co chcę pisać.


 Antonina Domańska – Paziowie króla Zygmunta

Określenie ulubiona lektura dzieciństwa nie oddaje w pełni tego, czym dla mnie jest ta książka. Sięgnęłam do niej po raz pierwszy, gdy spędziłam tydzień przykuta do łóżka. Przez większą część dnia gromadka rozbrykanych paziów była mi jedynym towarzystwem. Może właśnie dlatego przywiązałam się do nich tak bardzo, że zapragnęłam stworzyć swoją własną, prywatną kontynuację ich przygód.
(Kontynuacja ta nigdy nie doczekała się końca, jednak jej tworzenie wywołało na mnie tak bardzo, że czasem błędnie myślę o niej jako o moim pierwszym fanfiction. Poza tym, do dziś lubię sobie coś o tych urwisach naskrobać – tradycyjnie do użytku własnego, oczywiście).


Na koniec dorzucam każdy zeszyt, każdą kartkę, każdy skrawek papieru, na którym kiedykolwiek nakreśliłam jakieś słowa. Bo jakaś niewyjaśniona potrzeba pisania istniała we mnie odkąd nauczyłam się pisać. Czysta przestrzeń, czy to kartka, czy pusty zeszyt, przyciągała jak magnes, budziła dreszcz na samą myśl o tym, czym można by ją zapełnić. Czasem powstawał tak dziennik, czasem opowiadanie, czasem jakieś dziś bliżej nieokreślone twory…
Jednym z nich jest tajemniczy Prolog, który muszę wyróżnić. Po charakterze pisma datuję go na czasy gimnazjum. Do czego jednak miał to być prolog, nie mam pojęcia. Nie mniej w zadziwiająco klarowny i dojrzały jak na gimnazjalistkę sposób opisuję w nim, czym dla mnie było, a właściwie wciąż jest pisanie.

W Prologu tym kryje się także klucz, jaki łączy wszystko, co powyżej wymieniłam – w każdej z tych książek mogę odnaleźć echo fascynacji i pasji do pisania, które przez kontakt z nimi wciąż we mnie rezonuje.

wtorek, 1 grudnia 2015

NaNoWriMo - sumujemy!


Jednym słowem – poległam. Zawinił tu nie tylko niedostatek czasu, ale i chęci. Właściwie to przede wszystkim chęci – tak to już jest, gdy z góry wiadomo, że założony cel jest nieosiągalny.
Choć jednak nie wypisałam ani założonej liczby słów (jest ich ledwo 10 493), ani nie skończyłam opowieści, nie uważam tego przedsięwzięcia za kompletną porażkę. Człowiek uczy się na błędach, a ja przez ten miesiąc popełniłam ich bardzo wiele.
Najbardziej zdołowało mnie porwanie się na niemożliwy do spełnienia cel. Od początku wiedziałam, że przy moim planie zajęć nie będę w stanie wypisać tak dużej liczby słów. Męczyłam się przez to podwójnie – świadomość porażki już na starcie skutecznie obniżała morale; nie przeszkadzało mi to jednak w mimowolnych próbach sięgnięcia tego pułapu, bo a nuż się uda, co podwajało nerwy i wysiłek. W ramach eksperymentalnego przedsięwzięcia można było się czymś takim zabawić – na co dzień lepiej stawiać sobie poprzeczkę nawet i niżej, byle tylko doskoczenie do niej leżało w granicach możliwości.
Przez prawie całą drugą połowę miesiąca właściwie nie pisałam tego, co powinnam. Gdy jednak już pisałam, szło mi to nawet nieźle. Najwyraźniej widziałam to w pierwszym tygodniu – udowodniłam sobie, że gdy tylko mam czas i chęci, jestem w stanie pisać znacznie więcej.
Właśnie, lecz tu pojawiają się schody, w postaci czasu i chęci. Zauważyłam ciekawą zależność – zaniedbywanie wszystkich innych sfer życia odbija się niekorzystnie także na pisaniu. Przykładem tego jest choćby wspomniane wpadka z zapomnianym spotkaniem – wolny wieczór nagle już nie jest wolny, i nie ma już kiedy pisać. Gdy odrabianie prac domowych i ogarnianie materiału zostawia się na ostatnią chwilę, też nagle brakuje tego czasu. O zarywaniu nocek właściwie tylko wspomnę – wiadomo, że wtedy już kompletnie nic się nie da robić. Jednak wszystkie te przeszkody to tylko efekt braku organizacji. Będzie konkretny plan, to i znajdzie się gdzieś czas na pisanie (efekty w pierwszym tygodniu są tego dowodem).
Ach, i zapomniałabym o rzeczy najważniejszej – pisać, byle do przodu. W końcu gdy już się przetrze szlak, cofnięcie się i poprawienie tego czy tamtego jest przeważnie o wiele prostsze.
Czy więc jestem zadowolona z tego miesiąca? Zdecydowanie tak. Efekty rzeczywiście mogły być lepsze, co jednak przez to zyskałam, to już moje. I przecież w końcu ruszyłam z tym opowiadaniem – a o to właśnie chodziło.


poniedziałek, 23 listopada 2015

NaNoWriMo - tydzień 3

Liczba dni: 22
Liczba słów: 10 275

Musiałam zrezygnować z formuły liczby wypisanych dni, bo w ostatnim tygodniu nie codziennie zaglądałam do projektu. Stąd też i marna liczba słów, niewiele większa od tej w poprzednim wpisie. Może nie będzie wyglądać tak blado, jeśli umownie dodamy do niej jeszcze blisko dwa tysiące słów z napisanych niedawno wypracowań oraz tę notkę. To już zawsze trochę więcej.
Jednak ten tydzień nie był tak bezowocny, na jaki wygląda. Odkryłam kolejną rzecz, które skutecznie utrudnia pisanie.
Tak więc, przed Państwem – zapominalstwo!
Wygląda niegroźnie. Tym bardziej, ze wcale nie chodzi mi tu o zapominanie o pisaniu. Nie, o tym pamiętam szczególnie dobrze. Cały dzień rozplanowuję zajęcia, posiłki i czas na naukę właśnie po to, by wygospodarować większość wieczoru na pisanie. Przez cały dzień więc skrupulatnie podążam za planem, punkt po punkcie, z poślizgiem nie większym niż godzina. Pod koniec dnia jestem z siebie naprawdę dumna, i wychodząc z uczelni myślami jestem już w domu i pracuję nad dalszą częścią opowieści. Idę szybko w stronę przystanku, kiedy nagle rozdzwania się telefon. Odbieram – zziajana przyjaciółka przeprasza z spóźnienie, przysięga, że właśnie wyszła z autobusu i prosi, żebym cierpliwie poczekała na pod galerią. Odruchowo przytakuję, już przeczuwając, że coś moim perfekcyjnym planie dnia zostało pominięte. Rzeczywiście, gdy tylko się rozłączyłam, dociera do mnie, że przecież umawiałam się z przyjaciółką tego wieczoru na kawę… Tak więc idę na tramwaj jeszcze szybciej, żeby zdążyć do galerii przed nią i nie dać się zdemaskować z moim zapominalstwem. Jadąc, sumienie atakuje mnie z dwóch stron – z jednej, bo przez egoistyczną myśl o pisaniu zapomniałam o przyjaciółce, i z drugiej, bo ostatecznie tego dnia już pewnie pisać nie będę, a nawet jeśli, to nie tyle, co powinnam.

Okazuje się więc, że jestem nie tylko kiepskim pisarzem, ale i kiepskim człowiekiem. Przyjaciele, na szczęście, zdążyli przywyknąć i wybaczają mi podobne wpadki. Jednak zaniedbana opowieść nie wybacza nigdy.

niedziela, 15 listopada 2015

NaNoWriMo - tydzień 2

Liczba wypisanych dni: 15
Liczba słów: 9776              

Zwolniłam tempo. Tragicznie zwolniłam. Może to zwykły brak zapału do pracy? Trudno powiedzieć. Trochę przygniotła mnie ta monotematyczność. Ciężko jest skupić się na jednym projekcie, gdy w głowie kołtuni się jeszcze tyle innych nęcących pomysłów... Tym bardziej, że chwilowa zmiana obiektu zainteresowań zwykle wychodzi na dobre. Wystarczy jeden dzień w innym świecie, by spojrzeć na wcześniej tworzony tekst zupełnie świeżym okiem. Wcześniejsze koncepcje czy plany nieco wyblakły, zeszły gdzieś na peryferie myśli, przez co poszerzyło pole widzenia. W takim wypadku, jeśli miało się jakiś problem z tekstem, jego rozwiązanie pojawia się samo, i to tak banalne, że nie można zrozumieć czemu wcześniej się go nie zauważyło!
Zwolniłam także dlatego, że wpadłam w pułapkę poprawiania. Cofam się, dopisuję, przestawiam… A tekst stoi w miejscu. W takim wypadku trudno się nie znudzić. Dłubanie w środku tekstu nie wychodzi mi za dobrze. Lepiej mi już dobrnąć do końca, choćby nie wiem jak było źle, i dopiero potem zmierzyć z tragedią, jaka wyszła spod moich palców. Jednak myśl o tej nadchodzącej tragedii i wiążącym się z nią piekle poprawiania ciężko jest pisać…
Tak, najtrudniej jest zacząć. Wizja porażki skutecznie odwodzi od sięgnięcia po laptopa. Jednak jak już się zacznie pisać, to wtedy jakoś leci. Po kilku słowach, zdaniach, akapitach myśl ciągnie się sama. Potem z kolei trudno jest przerwać. Nawet, gdy myśl się kończy i odrywa się ręce od klawiatury, albo nawet uda się wstać od biurka, rzadko kiedy oznacza to koniec pracy. Choć zaczyna się robić inne rzeczy, myśli wciąż jeszcze krążą wokół tekstu. I nagle do głowy wpada niesamowity pomysł, który trzeba natychmiast zapisać, więc dosłownie na sekundę znów siada się do komputera… I wstaje jakoś po kwadransie, jeśli uda się jakoś w porę opamiętać. Przerywa się to szaleństwo, jednak tylko po to, by za kilka minut znów wrócić, z kolejnym koniecznym do zapisania pomysłem…
A teraz, gdy tak zręcznie wyminęłam dręczący mnie temat z początku tekstu, czas do niego wrócić i bez ogródek przyznać się, co mnie najbardziej odstrasza od pisania. Otóż, od samego początku miałam świadomość, że nie sprostam ilościowym wymogom NaNoWriMo, więc obiecałam sobie nie przejmować się liczbą produkowanych słów. W pierwszym tygodniu rzeczywiście nie zwracałam na to uwagi, jednak w drugim różnica liczb zaczęła być przytłaczająco wielka. A trudno jest startować w wyścigu nie zamierzając dobiec do mety.

Tak, w końcu się do tego przyznałam. Mam nadzieję, że w nadchodzącym tygodniu zaowocuje to jakąś poprawą.

niedziela, 8 listopada 2015

NaNoWriMo - tydzień 1

Liczba wypisanych dni: 7
Liczba słów: 7861

Choć zabrzmi to nieprawdopodobnie, szczerze mogę powiedzieć, że w ciągu tego tygodnia nauczyłam się o pisaniu więcej niż przez ostatnie pół roku.
Po pierwsze, jestem w stanie pisać dużo więcej, niż dotychczas. Przyznaję się, nie wyrabiam normy 1667 słów dziennie, jednak sama świadomość tej granicy bardzo mnie motywuje. Pierwszego dnia z trudem wydusiłam z siebie nie cały tysiąc słów –wczoraj napisałam o połowę więcej, i to przy dużo spokojniejszej pracy. Zawdzięczam to pewnie temu, że myślę teraz ilościowo, a nie jakościowo – nie zastanawiam się nad każdym kolejnym wyrazem, piszę nieprzerwanie przynajmniej przez cały. Paradoksalnie, wcale nie przynosi to gorszych efektów. Wręcz przeciwnie, tekst jest nawet bardziej spójny.
Po drugie, zawsze znajdzie się czas na pisanie, wystarczy tylko chcieć. Fakt, że jeszcze niedawno potrzebowałam tygodnia, żeby wystukać tyle słów, ile teraz wystukuję w jeden dzień, mówi chyba sam za siebie.
Po trzecie, i najgłupsze, dopiero teraz zrozumiałam, co tak naprawdę znaczy, że pisarz powinien przede wszystkim pisać. Jak wspomniałam ostatnio, cały listopad poświęcę pracy nad fanfiction, które zaplanowałam jeszcze w wakacje. Prawda jest taka, że we wrześniu i październiku też próbowałam coś z nim zrobić, jednak nie mogłam poradzić sobie z podstawowym problemem – jak zacząć. W głowie miałam kilka pomysłów, jednak każdy po kilku zdaniach wydawał mi się tak beznadziejny, że przerywałam pisanie. Teraz było tak samo – gdy jednak wisiała nade mną ta granica 1667 słów, pisałam dalej, nawet gdy czułam, że nigdy nie stworzyłam niczego gorszego. Tym sposobem każdy z tych pomysłów został napisany, od początku do końca, jeden gorszy od drugiego. Wtedy jednak, gdy miałam je przed sobą, kompletne i gotowe, mogłam im się przyjrzeć i zrozumieć, co tak naprawdę było w nich nie tak. Rozwiązanie było banalne - wystarczyło nie uśmiercać ojca głównej bohaterki. Potem bez problemu ruszyłam dalej. Jednak żeby zrozumieć coś tak oczywistego, musiałam najpierw wypluć z siebie blisko 4000 słów. Wniosek – choćby nie wiem jak bardzo szczegółowy i dopracowany z matematyczną dokładnością plan się stworzyło, o jego skuteczności można się przekonać dopiero podczas pisania.

Wiem, że nic nie wiem – tak bym podsumowała ten tydzień.

niedziela, 1 listopada 2015

NaNoWriMo czas zacząć!

Gdy mam za dużo wolnego czasu, muszę znaleźć sobie jakieś karkołomne i czasochłonne zajęcie. Stąd zainteresowanie NaNoWriMo (oficjalna strona TU), czyli Międzynarodowym Miesiącem Pisania Powieści, przypadającym właśnie na listopad. Każdy zaangażowany pisarz w ciągu miesiąca musi spełnić dwa cele – po pierwsze, napisać przynajmniej 50 000 słów, po drugie, stworzyć powieść. Podobno jest to wykonalne. Nie w tym jednak rzecz, ja potraktuję NaNoWriMo nie jako cel, ale środek. W tym miesiącu chciałam w końcu zacząć pracę nad moim drugim blogiem z opowiadaniem. Plan opowieści powstał jeszcze w wakacje, jednak poza tym nic więcej nie zrobiłam. Ten powieściowy miesiąc wydał mi się idealnym momentem na mobilizację. Jeśli więc nawet nie sięgnę wymaganego pułapu słów, ani nie skończę opowieści, będę szczęśliwa z każdego napisanego akapitu. Najważniejsze, że szkic zacznie przeradzać się w tekst.

Tak więc, skoro już rozgrzałam klawiaturę, biorę się za pisanie. A co z tego wyjdzie, zobaczymy. 

środa, 17 czerwca 2015

Co przeraża blogera?





 Przez kilka ciekawych zdarzeń, które mnie niedawno spotkały, temat blogów, blogowania i w ogóle internetowej działalności jakoś ciągle był na tapecie. To głównie przez to zmobilizowałam się do odkopania własnej stronki. Prócz jednak samego blogowania, po raz pierwszy tak naprawdę zaczęłam zastanawiać się nad samą teorią tej czynności. Jakby nie patrzeć, to medium też już wykształciło pewne swoje tworzywo. Są pewne prawidła co bloger powinien robić, a czego jak ognia unikać. Innowacje bloga wprowadzałam właśnie przez pryzmat tych wskazówek.
Najbardziej rewolucyjne było ustanowienie częstotliwości pisania postów. Pierwotnie miał się pojawiać jeden tygodniowo. Kiedy jednak pomysły się mnożyły, zdecydowałam się publikować jeszcze częściej. W końcu od przybytku głowa nie boli!
Było to coś zupełnie nowego. Jeszcze nie tak dawno przerwy w pisaniu wahały się między kilkoma dniami a kilkoma miesiącami. Zastanawiało mnie, co było tego powodem (temat lenistwa i braku dyscypliny został już przerobiony i nie miał większego udziału w tym zjawisku). Zagłębiłam się więc w archiwum, przeglądałam zawartość, analizowałam pod względem treści i kontekstu historycznego...
Tak, to mądrze brzmiący kontekst historyczny wskazał przyczynę.
Głównym, a przez pewien czas nawet jedynym wątkiem „Przypadków...” były same przypadki. Większą część tekstów inspirowałam życiem codziennym – tym, co mnie osobiście się przytrafiało, co zasłyszałam od znajomych lub w autobusie... Tak więc w zależności od tego, jak ciekawy był dany okres w moim życiu, lub jak tryb życia (w tym wypadku tryb nauki bądź tryb luzu) sprzyjał dostrzeganiu inspiracji.
Zagadka rozwiązana. Spokój na nowo zagościł w moim życiu.
Jednak nie na długo. Bo zaraz napadła mnie przerażająca myśl – co, jeśli znów dopadnie mnie ta twórcza susza? Teraz, po długiej przerwie, mam sporo świeżych pomysłów na teksty. Nie mam jednak żadnej gwarancji, że tak już będzie zawsze. Nie podpisałam żadnej umowy ze światem, że będzie mi podrzucał tematy na zawołanie. Źródełko inspiracji może wyschnąć w każdej chwili, czy będę na to gotowa, czy nie.
Postanowiłam więc się przygotować. Z obsesyjną skrupulatnością zaczęłam spisać wszystko, od przelotnego wrażenie do konkretnych konceptów. Lista rosła w szaleńczym tempie. Strach jednak wróciła, gdy po kilku dniach tempo to zaczęło zwalniać. Czyżby zaczynała się susza? Byłam już bliska odwołania reaktywacji bloga, kiedy na ratunek znów przyszedł anioł analizy i logicznego myślenia. „Owszem, tempo tworzenia nowych pomysłów istotnie zwolniło – szepnął mi do ucha - po tym jednak ustabilizowało się. Dni mijają, a lista pomalutku wciąż się rozrasta.”
Koniec problemu? Kryzys zażegnany?
Nie. Bo w życiu nigdy nie może być za dobrze. Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, nadmiar pomysłów wcale nie przyniósł mi spokoju. Gorzej, przysporzył mi jeszcze większego zmartwienia – czy z moim żółwim tempem pisania kiedykolwiek zdążę to wszystko napisać?!
Wolę chyba nawet nie próbować rozwiązać tego problemu. Kto wie, jakie z tego by wyszło nieszczęście... Z dwojga złego, już lepiej oswoić się z tą zmorą, jeszcze nie tak straszną.
Wniosek – blogować należy z głową. Choć też nie za bardzo – myślenie, jak widać, potrafi czasem boleć.


A tak między nami, pisanie ma dla mnie jednak więcej plusów niż minusów. Polecam wszystkim, choćby na spróbowanie.
Nawiązując do tematu postów – rzeczywiście, nowych pomysłów jest sporo (jak zapoczątkowana tekstem o ulubionych rupieciarniach nadchodząca seria top list wszelkich możliwych kategorii).