niedziela, 28 lutego 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Wenecja Vivaldiego" Laurel Corony

Na wstępie chciałam wyjaśnić brak jakiejkolwiek aktywności w zeszłym tygodniu – jest to efekt zbyt wielu czasochłonnych zdarzeń zbyt blisko siebie, żaden brak chęci czy pomysłów na blogową działalność. Była to sytuacja wyjątkowa, za którą przepraszam i której nie planuję powtarzać.



Wenecję Vivaldiego Corony wcisnęła mi w ręce przyjaciółka, z którą często wymieniamy się wszelkimi fascynacjami. Dlatego też trochę bałam się i odwlekałam moment przeczytania tejże książki – bo o ile w kwestii muzyki mamy z przyjaciółką identyczny gust, o tyle z powieściami niekoniecznie tak bywa. Wybierane przez nią lektury często są dla mnie… zbyt babskie. Babska książka to taka, gdzie na pierwszy plan zawsze wysuwa się wątek miłosny, tak wygładzony i do bólu nieprawdopodobny, że nie można nie uznać go za niemożliwą do spełnienia fantazję samej autorki – bo termin „babski” wziął właśnie stąd, że taki obraz miłości pojawia się zwykle w dziełach kobiet (u mężczyzn podobnym objawem jest przeginanie w drugą stronę, kiedy to romans sprowadza się tylko do, łagodnie mówiąc, miłości cielesnej - ale o tym innym razem).
Wenecja Vivaldiego niestety na pierwszy rzut oka zapowiadała się właśnie na taką babską lekturę, zarówno z okładki, jak i z zarysu fabuły. Jest to historia dwóch sióstr, Maddaleny i Chiaretty, wychowujących się w przytułku dla dziewcząt, którego wychowanki słyną jako jednej z najlepszych muzyczek w Wenecji w czasie działalności Antonio Vivaldiego.
Brzmi groźnie. Przynajmniej dla mnie. Miło było więc się przekonać, że pierwsze wrażenie okazało się nietrafione.
Osią całej książki są żywoty wspomnianych sióstr. I tym właśnie jest ta opowieść – zapisem życia dwóch kobiet, które mimo identycznego startu zawędrowały na dwie różne ścieżki losu. Śledząc losy bohaterek, obserwujemy jak dziewczynki stopniowy zamieniają się w kobiety, jak rozwijają się ich pasje, jak na przestrzeni lat zdobywają doświadczenie i na jego podstawie zmieniają się ich poglądy na świat. Bardzo wnikliwe studium oparte na ciekawej historii.
Pozytywnie oceniam także wydźwięk opowieści. Losy sióstr, choć zaczęły się podobnie, rozbiegły się w dwie zupełnie inne strony. Wynikało to głównie z podejmowanych przez nie decyzji. Wyłania się z tego jednoznaczny wniosek, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w głównej mierze od nas samych. Żadna z bohaterek nigdy też nie polegała na samym szczęściu – walcząc o swoje marzenia i pasje, nieraz podejmowały się wręcz heroicznych wyczynów nie zważając na ewentualne konsekwencje. Gdy bardzo na czymś im zależało, nie liczyły na łut szczęścia, ale zawsze swoimi działaniem starały się temu szczęściu pomóc.
Jednak choć lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, znalazło się kilka szczegółów, które przyjęłam z lekkim zgrzytem. Jak wcześniej pisałam, historia toczy się niemal od narodzin do śmierci sióstr – przez tak rozpięte ramy czasowe, wiele ciekawych wątków zostało sprowadzonych do roli tła. Z jednej strony mnie to rozczarowuje – brakowało mi wielu szczegółów z historii muzyki tamtego okresu, zwłaszcza, że muzyka sama w sobie odgrywała bardzo ważną rolę; nieraz autorka odwoływała się do tajemnicy tożsamości rodziców sióstr, nigdy jednak nie dostajemy odpowiedzi na postawione w książce pytania. Z drugiej strony jednak pasuje to do konwencji – w końcu tak to już w życiu bywa, że coś się zaczyna i nigdy nie zostaje doprowadzone do końca, większość tematów nie zostaje nigdy zgłębionych do końca.
Ciężko było mi też przechodzić przez opisy muzyki, jej brzmienia. Choć wielu kompozytorów w swoich utworów maluje pewne obrazy czy nawet opowiada całe historie, nie działa to w drugą stronę. Można opisać coś muzyką, ale trudno jest opisać muzykę. Dźwięk jest dla mnie czymś zbyt abstrakcyjnym, by w pełni wyrazić go słowami. Nie mniej jednak jeśli ktoś nie podziela takich poglądów jak moje, poetyckie i zarazem bardzo dokładne opisy autorki na pewno sprawią, że czytelnik będzie w stanie niemal usłyszeć tę opisywaną muzykę.

Ostatecznie więc określiłabym tę książkę jako jedną z tych, które niewątpliwie sprawiły mi przyjemność, ale pozostawiły jakiś niedosyt. 

poniedziałek, 15 lutego 2016

The Deadpool Zeszyt

Tak, byłam na filmie.
Tak, jest cudowny.
A wiecie, co jeszcze od teraz jest cudowne?
Ten zeszyt!



niedziela, 7 lutego 2016

Deadpool, please stahp

To było jeszcze przed końcem sesji. Ba, właściwie w samym jej środku – niby większość przedmiotów zaliczona, ale wszystkie najgorsze egzaminy wciąż majaczą przede mną. Po powrocie do domu więc musiałam odrzucić gazetę na łóżko i okopać się przy biurku zawalonym notatkami…
Wszystko szło dobrze, dopóki po pół godzinie nauki nie musiałam zrobić sobie przerwy na pełne boleści westchnienie i wzniesienie oczu do sufitu. Właśnie w drodze od notatek do sufitu wzrok mój przystanął na okładce leżącej na łóżku gazety – Deadpool, obrócony z gracją, jedną ręką łapiąc się za pośladek, drugą niedwuznacznie unosząc do ust, łypał na mnie ponętnie właśnie z tej okładki. Nie mogłam nie odpowiedzieć na to uśmiechem,  i zaraz wróciłam do swoich notatek.
Jednak po przeczytaniu zaledwie kilku wersów mój wzrok bezwiednie znów spojrzał ponad kartką – Deadpool wciąż tam był i wciąż na mnie patrzył.
Nie, nie rzucę nauki w cholerę obiecałam sobie znów wracając do notatek. Czytałam dzielnie, jednak wciąż i wciąż ten sam akapit – czując na sobie spojrzenie z okładki nie potrafiłam skupić myśli.
Mogłam wstać i obrócić gazetę okładką do dołu. Nie, nie mogłam. Po pierwsze dlatego, że znalezienie wygodnej pozycji na krześle zajęło mi naprawdę sporo czasu, a z tego miejsca nie byłam wstanie dosięgnąć do łóżka. Po drugie, i co ważniejsze, nie mogłam dać się sprowokować Deadpoolowi. Nie dam mu tej satysfakcji, niech patrzy ile chce i jak chce, mnie nie złamie!
W pewnym momencie jednak się złamałam. Nie, nie wstałam z krzesła – rzuciłam notatki na blat, skrzyżowałam ręce na piersi i odpowiedziałam na wyzwanie najbardziej obojętnym spojrzeniem, na jakie było mnie stać.
Walka była długa i zażarta. Nie wiem, czym by się to skończyło (nie wykluczam rękoczynów, w końcu ile można wytrzymać zwiniętej na krześle), gdyby drzwi mojego pokoju nagle się nie uchyliły i przez szparę nie wślizgnęłaby się Kota…
Koty mają taki głupi zwyczaj, że jak tylko gdzieś leży książka/zeszyt/gazeta/kartka/itp. natychmiast muszą na tym usiąść. Tak więc Kota, w odpowiedzi na ten zew, momentalnie wskoczyła na łózko i spojrzała na czasopismo, gotowa na nim usiąść.
Mając w końcu neutralny pretekst, momentalnie zerwałam się z krzesła.
- A-a-a, kiciu, nie wolno siadać na papierze – zaćwierkałam, dosłownie wyrywając jej gazetę spod łap. Ciesząc się z zesłanej przez los okazji, przeszłam tanecznym krokiem przez pokój i odłożyłam pismo na regał. Tym razem, przezornie, okładką do dołu.
- Ty, mój drogi, musisz zaczekać do premiery – rzuciłam jeszcze do Deadpoola na odchodnym.

Kota nie wydała się zmartwiona brakiem gazety. Zamiast tego zwinęła się w kłębek na porzuconym opodal swetrze, o wiele wygodniejszym niż papier. Ja za to wróciłam do nauki, niczym już nie rozpraszana, i, co ważniejsze, z jednym wygranym pojedynkiem z Deadpoolem na koncie.

PS Dla tych, którzy nie kojarzą plakatów Deadpoola, niech obczają ten TU - ten właśnie obserwował mnie z okładki Nowej Fantastyki. Lubię go, aczkolwiek dla mnie najlepszy jest TEN.

sobota, 30 stycznia 2016

Krople do nosa

Nie ma lepszego momentu na chorowanie, jak tuż przed sesją. Zajęcia jeszcze się nie skończyły, a zdarzają się już też egzaminy czy zaliczenia. Cokolwiek by się jednak nie działo, zdecydowanie nie można sobie pozwolić nawet na dzień wolnego.
Musiałam więc radzić sobie inaczej. O nie, nie dam się ani sesji, ani chorobie przed sesją. Przed pierwszym poniedziałkowym wykładem wpadłam do lekarza, potem zahaczyłam o aptekę, żeby zrealizować jeszcze ciepłą receptę.
Gdy dotarłam do uniwersytetu, miałam na koncie kwadrans spóźnienia. Nie za dużo, nie za mało, w sam raz, by zdążyć zaaplikować dawkę dopiero co nabytych kropli do nosa.
Właściwie już od samego początku czułam, że będzie z nimi problem. Głównie dlatego, że jestem beznadziejna w zakrapianiu czegokolwiek, nawet nosa czy uszu, bo o oczach już nawet nie będę wspominać. Gdy więc stanęłam już przed lustrem w najbliższej łazience, wyjęłam pudełeczko z niejakim niepokojem.
Nazwy nie pamiętam, bo, jak to z lekami bywa, nawet nie potrafiłam jej przeczytać. W oczy jednak rzuciło mi się wielkimi literami „do oczu i uszu”.
Szczęście w nieszczęściu. Nieszczęściu, bo aplikować można je wszędzie, tylko nie do nosa, a do nosa właśnie miałam ich użyć. Szczęście, bo skoro przeznaczono je do oczu, to pewnie nie będą za gęste i łatwiej będzie w ogóle wydobyć je z buteleczki.
Szczęście jednak też okazało się nieszczęściem – wodniste krople wleciały mi do nosa w takiej ilości, jakbym wzięła głęboki wdech z głową zanurzoną w basenie. Zakrztusiłam się, oczy zaszły mi łzami, zaczęłam kaszleć, pociągać nosem, kląć. Stałam pochylona nad umywalką, z dłonią przyciśniętą do nosa, ciesząc się, że nie miałam świadków tej dziwnej sceny.
Wtedy jak grzmot przez łazienkę przelał się huk spuszczanej wody. Zaraz z jednej z kabin niepewnie wyszła jakaś studentka, jednocześnie wystraszona i rozbawiona moimi szaleństwami. W jej spojrzeniu krył się jakiś błysk, jakby chciała spytać co takiego ciekawe wciągam... Oczy jednak wciąż miałam załzawione, więc możliwe, że tylko mi się to przywidziało. Nie miałam ochoty się co do tego upewniać, więc zaraz wybiegłam na korytarz.

Po raz pierwszy ucieszyłam się, że życie na studiach nie jest tak kameralne jak w liceum – istniało olbrzymie prawdopodobieństwo, że już nigdy tej studentki nie spotkam.

sobota, 23 stycznia 2016

Wyzwanie Kiedyś przeczytam - "Turniej w Gorlanie"

Link do postu o wyzwaniu Kiedyś przeczytam TUTAJ


John Flanagan – Zwiadowcy, wczesne lata. Turniej w Gorlanie

Tu chyba powinnam wstawić zdjęcie książki… Ale zwróciłam ją bibliotece, nim o tym pomyślałam. Mam więc nadzieję, że ten brak zostanie zapomniany.

Z panem Flanaganem znamy się nie od dziś. Nasza przyjaźń zaczęła się w 2009 roku, kiedy to pojawiło się pierwsze wydanie polskie Zwiadowców. Wtedy jeszcze wiodłam szczęśliwe życie na łonie szkolnej biblioteki, głodna każdej nowości na półce z tabliczką Fantastyka. Zwiadowcy to jedna z tych serii, o których nie zapomniałam po pójściu do liceum i potem dzielnie biegałam po każdy kolejny tom do biblioteki publicznej. Jak widać, biegam tak aż do dziś.
Zwiadowcy, jak sam tytuł wskazuje, opowiadają o przygodach zwiadowców – korpusu niesamowitych łuczników służących królestwu Araluenu. Seria zaczyna się od walki ze zbuntowanym lordem Morgarathem – Turniej w Gorlanie odsyła czytelnika do zdarzeń będących początkiem konfliktu.
To chyba wszystko, co o fabule mogę powiedzieć. Właściwie nawet nie chcę więcej mówić – w tym wypadku sama historia jest dla mnie drugorzędną sprawą. Wszystko tak naprawdę sprowadza się do tych siedmiu lat, spędzonych przy dwunastu – teraz już trzynastu – tomach. Obcując z prozą Flanagana, już nie czuję się jak zwykły czytelnik. To trochę tak, jakbym w teatrze nie siedziała na widowni, ale na scenie z aktorami. Prywatne żarty grona zwiadowców są i moimi żartami; gdy w historii nagle pojawia się sylwetka legendy korpusu, jestem tym równie podekscytowana co sami bohaterami – trochę jakbym sama była częścią tego świata.
Jednak to poczucie przynależności i jedności z książką nie wzięło się znikąd. Jest to zasługą pana Flanagana, tego wszystkiego, co w jego prozie kocham i czego mimo upływu lat wciąż w niej nie brakuje. Przede wszystkim są to dobrze skonstruowani bohaterowie – pełnowymiarowi, bardzo charakterystyczni. Co więcej, dobrani są w takich konfiguracjach, że wspólnie tworzą bardzo ciekawe sieci relacji. W większości sytuacji prowadzi to do wielu zabawnych, niemal skeczowych dialogów, które do dziś sprawiają mi wiele radości.
Ten tom jednak jak jeszcze żaden inny nie przypomniał mi, że jest to jednak proza młodzieżowa. Po tych kilku latach, bogatsza o doświadczenia poważniejszych lektur, nie mogę nie zwrócić uwagi na wręcz za prosty język czy nieco infantylną naiwność historii. W tym wypadku jednak wcale mi to nie przeszkadza. Głównie przez sympatię do bohaterów i wiążącą mnie z nimi długoletnią przyjaźń - miło patrzeć, jak im się w „życiu” powodzi.
Poza tym, jest to bardzo przyjemna odskocznia od wręcz brutalnie wiarygodnej prozy George’a R. R. Martina. O tak, czasem potrzeba takiej odskoczni…