środa, 5 września 2012

Liceum, liceum...

Koniec wakacji, koniec wolności. Dwa dni w szkole, a już zapowiedziano nam cztery sprawdziany.
Żyć, nie umierać.
Jako że na kompa weszłam na dosłownie pięć minut, ograniczę się do krótkiego dialogu z mamą z dnia rozpoczęcia roku:
Mama: Byłam w Carrefourze, kupiłam ci przy okazji dzienniczek do szkoły.
Ja: Mamooooo, jestem w liceum, już nie używam dzienniczka!
Mama: Ale zobacz, ze Spider-manem na okładce...
Ja: ...
Ja: Dobra, skoro już kupiłaś, to wezmę...


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

How I met Luke and Vader


Z dedykacją dla Frightening, która chciała poznać historię.


Wszystko zaczęło się na tej jednej pamiętnej łacinie. Na jednej z tych lekcji, kiedy nauczycielce zachciało się sprawdzić pracę domową.
- Numer osiemnaście – wyczytała spokojnie i przeniosła na mnie smutne spojrzenie. - Powiedz, że chociaż przetłumaczyłaś w domu zadanie...
- Przykro mi, ale nie, pani pro... - zaczęłam, jednak w przerwał mi huk zatrzaskiwanego dziennika.
- No nie wierzę! - krzyknęła profesorka.
Klasa zamilkła. Krzyk tej spokojnej zazwyczaj kobiety nie wróżył niczego dobrego. Ale godnego uwagi owszem.
- Po prostu nie wierzę – powtórzyła, rzucając mi oburzone spojrzenie. - Dlaczego nie zrobiłaś pracy domowej? Przecież to było tylko jedno zadanie!
Otworzyłam usta, jednak nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Zadania na łacinę odrabiało się (a raczej spisywało) na przerwie przed w-fem. Tyle, że tym razem te dziesięć minut spędziłam na tworzeniu klasowego Zakonu Jedi. Jako że zostałam ochrzczona Anakinem Skywalkerem nie mogłam zaniedbać padawanów. Ale dla nauczycielki to chyba nie jest sensowne wytłumaczenie.
- Aleeee... Było za trudne – wydukałam niewinnie. Po takiej wymówce profesorka zwykle kręciła z politowaniem głową i przerabiała temat zadania jeszcze raz. Bez stresu, bez krzyku, żeby potem kazać nad zrobić to jeszcze raz.
Ale nie tym razem.
- Jak to za trudne! - krzyknęła, uderzając dziennikiem o ławką. - Ty jesteś mądra dziewczyna. Poradziłabyś z tym sobie. Ja wiem jak było naprawdę – nie chciało ci się! - oskarżycielsko wycelowała we mnie palcem. - Jesteś zła. Jesteś złem wcielonym! Radzę ci, wróć na drogę cnoty, inaczej zapomnisz o dobrej ocenie z łaciny!
Zatkało mnie. Resztę klasy też. Takiej furii spodziewalibyśmy się mniej niż słonia w kokpicie odrzutowca.
Ale profesorka za nic miała nasze zdziwienie. Jakby nigdy nic, zaczęła tłumaczyć, o co chodziła w zadaniu. Spokojnym tonem.
Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, co jest z nią nie tak. Rozwiązanie tej zagadki ujawniło się tydzień później, na następnej łacinie.
- No to sprawdzamy zadanie – zaczęła na wejściu psorka. Usiadła przy biurku i od razu spojrzała na mnie. - Osiemnaście, jako zło wcielone, pewnie nie odrobiła?
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie będę kłamać – miałam odrobić na tej przerwie, ale musiałam pójść do biblioteki...
- To może koleżanka obok?
- Poszłam z nią...
- No nie wierzę! - krzyknęła nauczycielka, znów patrząc na mnie. - Nie dość, że sama się obijasz, to jeszcze zaciągnęłaś koleżankę na ciemną stronę Mocy...?
Psorka mówiła coś jeszcze. Ale mnie, jak siedzącą obok mnie Luke (która jeszcze wtedy nie miała takiego przezwiska), już to nie obchodziło. Bo właśnie wtedy wszystko stało się jasne...
Nie byłam Anakinem. Już nie. Byłam zła. Dostrzegła to jednak tylko niepozorna nauczycielka od łaciny – niepozorna... jak Yoda. Tylko ona odkryła, że jestem Darthem Vaderem. Mimo to, spóźniła się – Luke, którą w tamtym momencie tak ochrzciłam, i tak była już po mojej stronie.
Ciemnej stronie.


poniedziałek, 16 lipca 2012

W kraju tulipanów

W ostatnim czasie mogłam spodziewać się wielu rzeczy - że w nowy blok postawiony tuż przed moim domem walnie meteoryt, że w końcu nauczę się latać, że kiedyś umyję włosy żelem pod prysznic (to w sumie zrobiłam dzisiaj - nie moja wina, że hotelowe szampony i żele wyglądają tak samo!). Nie przypuszczałam jednak, że będę pisać notkę na bloga na balkonie pod rozgwieżdżonym niebem Amsterdamu.
Jest już grubo po północy - reszta rodziny śpi, więc mogę w spokoju korzystać z hotelowego wifi. Noc, choć wietrzna, jest dość ciepła. Delikatny zefirek roznosi specyficzny zapach z kanału, do którego brzegów przycumowane są wielkie barki. Chodniki natomiast są zewsząd obstawione setkami rowerów. Tak, wszechobecność rowerów w Holandii to nie żaden mit! Nawet teraz, w środku nocy, co chwilę mknie drogą jakiś rowerzysta. Pewnie teraz, latem, pędzi na spotkanie z przyjaciółmi - niektóre orientalne knajpy pode mną tętnią jeszcze życie, odwiedzane przez najróżniejszych ludzi - białych, Mulatów, Azjatów, Murzynów... Prawdziwa mozaika etniczna. Zwłaszcza, że mimo różnic wszystkie jej elementy wydają się wspaniale współgrać. 
Na razie tyle szczegółów z obrazu Holandii udało mi się wyłapać w ciągu ostatnich ośmiu godzin  pobytu w tym kraju. Nie zamierzam jednak na tym skończyć - jutro czeka nas rajd po Amsterdamie!
Ponadto widziałam już słynne Holenderskie wiatraki. Oprócz nich pochwalić muszę też tutejsze chmury. Może zabrzmi to dziwnie, ale mam wrażenie że tu latają znacznie bliżej ziemi oraz, jak to uznaliśmy razem z bratem, większość z nich kształtem przypominają fantastyczne smoki i jednorożce.
Nie na tym chyba jednak polega magia Holandii...


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Bo grunt to zdrowa krytyka

Byłam sama w domu, więc kiedy zadzwonił dzwonek domofonu, nie miałam innego wyjścia jak tylko odłożyć książkę i zobaczyć, kogo diabli niosą.
- Halooo? - spytałam melancholijnie, gdy przyłożyłam słuchawkę do ucha. W odpowiedzi dostałam tylko krótkie 'to ja', powiedziane niskim, męskim głosem. Na dźwięk tych słów momentalnie rozpromieniłam się w szatańskim uśmiechu. Tak, ten głos mógł należeć tylko do wracającego z kina mojego starszego brata...
- Hej, Pawełku – zaćwierkałam słodziutko, - Jak tam wrażenia po boskich 'Avengers'?
Paweł zamruczał coś pod nosem, niezadowolony z mojego opieszałego otwierania klatki schodowej. Nic jednak nie powiedział na ten temat na głos – w końcu to, czy dostanie się do domu zależało w tej chwili tylko ode mnie.
- Boskimi to ja bym ich nie nazwał – stwierdził kwaśno. - Owszem, film całkiem spoko, akcja i humor pierwsza klasa, ale superbohaterowie to nie moje klimaty...
Słysząc to, skrzywiłam się mimowolnie. Trudno mi było przeżyć fakt, że mój własny brat nie szaleje za tego typu rzeczami, ale cóż poradzić – rodziny się nie wybiera... Westchnęłam więc tylko, i już miałam miłosiernie przycisnąć guzik zwalniający zamek, kiedy nagle mój brat znów się odezwał:
- Wiesz, tylko jedna rzecz w tym filmie tak naprawdę mnie wkurzyła – powiedział po namyśle, a moja ręka zatrzymała się w połowie drogi do guzika. - Ten cały Stark, czy jak my tam, to zwykły egoista, świnia jakich mało. Nie cierpię go!
Te słowa przelały czarę cierpliwości i tolerancji. Ręka, która jeszcze przed chwilą chciała dobrodusznie otworzyć drzwi, teraz opadła, zaciśnięta w pięść.
- Pawełku drogi... Już tu nie mieszkasz! - krzyknęłam i ostatecznie rzuciłam słuchawką domofonu.


czwartek, 7 czerwca 2012

Podryw na wstążkę

           Dzień szczególny, wyjątkowy. Wolny od szkoły. Dzień, w którym ludzie otwierają sklepy tylko wtedy, gdy przechodzisz. Kiedy możesz z czystym sumieniem paradować środkiem skrzyżowania, jezdnią przykrytą dywanem z płatków najpiękniejszych kwiatów...
              Tak, Boże Ciało!
Dla nie których może to po prostu dzień wolny. Ja od niepamiętnych czasów chodzę z całą rodzinką na procesję i tak jak x lat temu, nadal sprawia mi to dziką radość. Zwłaszcza że teraz, gdy mam już swoje lata, zawsze znajdzie się coś ciekawego do roboty przy procesji.
Ha, nie tym razem!
Poduszki.
Tak, to moja zmora. Niby niewinne, puszyste, z uśmiechniętymi wizerunkami świętych. Do tego z każdej odchodzi parę długich wstążek, których końce, niczym welony, niosą obok dzieci. W sumie nic złego, ale jeżeli ma się przez ponad godzinę maszerować, niosąc jedną taką podusię na wyciągniętych rękach, to nie pozostaje nic innego, jak modlić się do tych świętych, by bolące kończyny odpadły w końcu i razem z poduszką dały święty spokój. Zwłaszcza, że ja miałam bardzo ciekawą asystę do wstążek...
Szło ze mną dwóch małych chłopców w albach, na oko osiem albo dziewięć lat, po obu moich stronach. Ten z prawej szedł całą drogę cicho, absolutnie skupiony na trzymanym w ręku krańcu wstążki, jakby od niego zależały losy świata.
Z tym po lewej trochę gorzej. Sprawiał wrażenie, jakby za bardzo nie wiedział, dlaczego i w ogóle skąd się tu wziął. Rozglądał się rozkojarzony na wszystkie strony, od czasu do czasu zatrzymując na mnie wzrok.
Po dojściu do pierwszego ołtarza zrobił coś, co ścięło mnie z nóg.
Przez dłuższą chwilę przyglądał się trzymanej wstążce, aż w pewnym momencie sprawnie owinął ją wokół palca.
- Patrz, o to ja, twój książę z bajki! - krzyknął, z uśmiechem wyciągając dłoń w moją stronę.
Wtedy zrobił chyba najgłupszą ze wszystkich zaskoczonych min, jakie mam w zanadrzu. Spojrzałam szybko w stronę idącej przede mną koleżanki Fretki. Okiem znawcy przyglądała się chłopcu i wstążkowemu księciu z bajki.
- Uroczy i dziwny zarazem podryw na wstążkę – wydała wyrok.
Tak miałam załatwioną resztę drogi. Radość z dumnego kroczenia środkiem dwupasmowej ulicy przyćmiły coraz to nowe wstążkowo-dłoniowe postaci. Co więcej, po jakimś czasie dałam się nawet wkręcić w rozmowę o sklepikarzach, którzy chcą zarobić otwierając sklepy tylko na przejście wycieńczonej i spragnionej procesji.
Fretka miała niezły ubaw.
Procesja skończyła się równie szybko, jak się zaczęła (a pamiętam jeszcze, jak kiedyś było to dla mnie niczym pielgrzymka do Częstochowy!). Kiedy już miałam odłożyć poduszkę i zniknąć niepostrzeżenie, musiałam natknąć się na moją mamę. Jako, że zawsze musiała wziąć ze sobą zapas różnych bardziej i mniej dziwnych dziwnych rzeczy, musiała potem wcisnąć je najwcześniej uciekającej członkini rodziny – czyli mnie. Udało mi się więc wzbogacić o przewieszony przez ramię aparat, butelkę z dzióbkiem, breloczek z wieżą Eiffela i gałązkę brzozy. Ostatni artefakt oczywiście wzbudził największe zainteresowanie wśród moich koleżanek. Biedna brzózka całą drogę do domu przechodziła więc od jednej do drugiej, robiąc nie mniejszą sensację niż Czarna Różdżka – w sumie gałąź z procesji (choć podobno ma błogosławić dom) jest dość dziwną pamiątką.
- A widziałaś, kto dziś nadzorował całą procesję? - zagaiła nagle Dysia, zmieniając temat z trzymanej przez nią gałązki.
Choć dobrze wiedziałam, o kim mówi, udałam, że się zastanawiam.
- Nie jakoś sobie nie przypominam... - mruknęłam, nagle zainteresowana paskiem aparatu.
- Gabriel! - krzyknęła triumfalnie Dysia.
W zadumie pokiwałam głową.
- Tak, teraz chyba coś kojarzę...
Mieliście kiedyś taką sytuację, że przez jedno niewłaściwe zdanie sparowali was z jakąś zupełnie przypadkową osobą? Bo tak właśnie było ze mną i niczego nie świadomym Gabrielem.
- Rozmawiałaś z nim dzisiaj? Na pewno, skoro oboje byliście na procesji, co nie? - drążyła dalej Dysia, machając brzózką jak wachlarzem.
Zaraz będzie źle...
- Powiedział mi gdzie mam stanąć – ale oprócz tego, to nie.
Tak jak się spodziewałam, w jednej chwili gałązka zamieniła się w śmiercionośną broń.
- Jesteś niemożliwa – fuknęła Dysia, chłostając mnie brzózką. - Przecież on ci się podoba!
- Nie, to ty powiedziałaś – zaprotestowałam, zgodnie z prawdą.
Brzozowy bicz zastygł w powietrzu.
- Bo tak jest, zaufaj cioci Dysi – odparła już zupełnie spokojnie. - Bierz więc tego krzaka, zasadź go w doniczce i przemyśl swoje postępowanie - czy raczej jego brak – oddała mi gałązkę, i ruszyła w stronę swojego domu.
- To było dziwne – mruknęłam do przyglądającej się temu z boku Fretki, nieco tępo patrzącej za oddalającą się Dysią.
Fretka przytaknęła.
- Nooo - w końcu wszyscy wiedzą, że gałąź brzozy nie wypuści korzeni w doniczce...